Jeszcze chwilę wcześniej narzekał, że herbata jest za słaba, a potem osunął się na podłogę.

Przeżyliśmy razem czterdzieści sześć lat. Przez ten czas każdego ranka stawiałam przed nim niebieski kubek, a w południe nakrywałam stół dla dwóch osób.

Po pogrzebie nie potrafiłam przestać.

Kładłam dwa talerze, dwie łyżki i dwie serwetki. Nalewałam zupę do jednej miski, ale drugie miejsce pozostawało nakryte.

Dzieci uważały, że to niepokojące.

— Mamo, musisz przyjąć do wiadomości, że taty nie ma — powiedziała córka.

Wiedziałam, że nie wróci. Drugie nakrycie nie było oczekiwaniem. Chroniło mnie przed chwilą, w której musiałabym przyznać, że odtąd zawsze będę jadła sama.

Pewnego dnia zapukał Marian, sąsiad z naprzeciwka. Przyniósł przesyłkę, którą kurier zostawił pod jego drzwiami.

Zaprosiłam go do środka, ponieważ musiałam znaleźć okulary, żeby podpisać odbiór. Marian spojrzał na stół. Stały na nim dwa talerze i garnek pomidorowej.

— Spodziewa się pani kogoś? — zapytał.

— Nie.

Przez chwilę milczał. Jego żona zmarła trzy lata wcześniej. Od tamtej pory również mieszkał sam.

— To może drugie miejsce jest wolne?

Ścisnęłam kopertę tak mocno, że zgięły się jej rogi.

— To miejsce mojego męża.

Marian spuścił wzrok.

— Przepraszam. Nie powinienem był pytać.

Wyszedł, zanim zdążyłam odpowiedzieć.

Wieczorem zobaczyłam, że jego okna są ciemne. Na parapecie stał talerz z kanapkami. Wyobraziłam sobie, że je w ciszy, tak samo jak ja.

Następnego dnia zapukałam do jego drzwi.

— Została mi pomidorowa — powiedziałam. — Szkoda wyrzucić.

Marian uśmiechnął się i przyniósł własną łyżkę. Usiadł naprzeciwko mnie, lecz nie na miejscu Jana. Dostawiłam mu krzesło z kuchni.

Od tamtej pory jedliśmy razem dwa razy w tygodniu. Marian naprawił cieknący kran, a ja piekłam szarlotkę. Chodziliśmy na zakupy i na krótkie spacery.

Nie zastępował mi męża. Przy nim po prostu znowu miałam do kogo powiedzieć, że zupa jest za słona albo że rano bolało mnie kolano.

Po kilku miesiącach zobaczył nas mój syn.

— Dlaczego ten człowiek ma klucze do twojego mieszkania? — zapytał.

Wyjaśniłam, że dałam Marianowi zapasowy komplet na wypadek, gdybym przewróciła się albo źle poczuła.

— Masz dzieci.

— Mieszkacie godzinę drogi stąd. On jest za ścianą.

Syn zażądał, żebym odebrała sąsiadowi klucze.

— Nie wiadomo, czego od ciebie chce. Masz mieszkanie i oszczędności.

— Marian ma własne mieszkanie i własną emeryturę.

— Każdy tak mówi na początku.

Tego samego wieczoru przyjechała córka. Nie zapytała, czy jestem szczęśliwa. Chciała wiedzieć, czy podpisałam jakieś dokumenty i czy zamierzam zmienić testament.

— Minął dopiero rok od śmierci taty — powiedziała z wyrzutem. — Ludzie zaczną gadać.

— Którzy ludzie?

— Chociażby rodzina.

— Rodzina, która przez ostatni miesiąc ani razu nie usiadła ze mną do stołu?

Córka zbladła.

— Mamy pracę i obowiązki.

— Rozumiem. Ale moje życie nie może zatrzymać się do czasu, aż znajdziecie dla mnie wolną niedzielę.

Kilka dni później Marian oddał mi klucze.

— Nie chcę skłócać pani z dziećmi — powiedział.

Próbowałam go zatrzymać, ale nie chciał słuchać. Przestał przychodzić na obiady. Kiedy spotykaliśmy się na klatce, odpowiadał krótko i szybko znikał za drzwiami.

Znowu jadłam sama.

W dzień urodzin Jana ugotowałam jego ulubiony rosół. Postawiłam na stole dwa talerze. Usiadłam i długo patrzyłam na puste krzesło.

Nagle z mieszkania Mariana dobiegł huk.

Pobiegłam na korytarz. Drzwi były zamknięte. Dzwoniłam i wołałam, ale nikt nie odpowiadał. Wezwałam pomoc. Ratownicy znaleźli go na podłodze. Zasłabł z powodu problemów z sercem.

W szpitalu zapytał, dlaczego przyszłam.

— Bo nie chcę już udawać, że samotność jest dowodem wierności — odpowiedziałam.

Kiedy wrócił do domu, ponownie dałam mu klucze.

Przed świętami dzieci postawiły mi warunek. Powiedziały, że przyjdą na Wigilię tylko wtedy, gdy Mariana nie będzie.

— To ojciec powinien siedzieć przy tym stole — powiedział syn.

— Waszego ojca nie ma — odpowiedziałam. — I żadne z nas nie okaże mu miłości, zostawiając kolejną osobę samą.

W Wigilię nakryłam stół dla czterech osób. Dla siebie, Mariana i dzieci.

Syn z córką nie przyszli.

Usiedliśmy więc we dwoje. Drugiego talerza nie stawiałam już dla człowieka, który nigdy nie mógł do mnie wrócić.

Postawiłam go dla kogoś, kto nadal mógł zapukać do moich drzwi.