Po operacji lekarze dawali mu dużą szansę na normalne chodzenie, ale pod jednym warunkiem — potrzebował regularnej rehabilitacji.

Syn twierdził, że zajęcia refundowane przez NFZ nie wystarczą.

— Prywatna terapia kosztuje dwa i pół tysiąca miesięcznie — powiedział Paweł. — Bez niej Krzyś może do końca życia kuleć.

Miałam siedemdziesiąt jeden lat i żyłam z emerytury. Moje oszczędności wystarczyły zaledwie na dwa miesiące ćwiczeń. Kiedy się skończyły, syn przyszedł do mnie z ulotką firmy pożyczkowej.

— Mamo, bank nam odmówił. Gdybyś wzięła trzydzieści tysięcy, oddawalibyśmy ci każdą ratę.

Podpisałam umowę. Do spłaty miałam prawie czterdzieści dwa tysiące złotych. Rata wynosiła siedemset trzydzieści złotych miesięcznie.

Paweł obiecał, że będzie ją regulował, ale już po dwóch miesiącach oznajmił, że ma problemy w pracy. Zaczęłam płacić sama. Oszczędzałam na ogrzewaniu, kupowałam najtańsze jedzenie i przestałam chodzić do dentysty.

Wszystko dla Krzysia.

Synowa przesyłała mi zdjęcia wnuka na matach rehabilitacyjnych. Na jednym podnosił nogę, na innym stał przy drabince.

— Pani Magda mówi, że robi postępy — zapewniała.

Po pół roku Krzyś przyjechał do mnie na weekend. Zauważyłam, że utyka bardziej niż wcześniej. Kiedy próbował wejść po schodach, rozpłakał się z bólu.

— Pokażesz babci ćwiczenia od pani Magdy? — zapytałam.

Chłopiec spuścił wzrok.

— Nie pamiętam.

— Przecież chodzisz do niej trzy razy w tygodniu.

— Już nie chodzę. Tata powiedział, żebym o tym nie mówił.

Nazajutrz pojechałam do ośrodka. Chciałam wierzyć, że dziecko coś pomyliło.

Fizjoterapeutka rozpoznała nazwisko wnuka.

— Krzyś? Był u mnie pięć razy po operacji. Od siedmiu miesięcy nie pojawił się na żadnych zajęciach.

— To niemożliwe. Zapłaciłam za cały rok rehabilitacji.

Kobieta otworzyła terminarz.

— Nie otrzymaliśmy żadnej wpłaty za pakiet. Ojciec dziecka odwołał wizyty, twierdząc, że przeprowadzacie się do innego miasta.

Pokazałam jej zdjęcia wysyłane przez synową. Fizjoterapeutka zbladła.

— Te fotografie zrobiono podczas pierwszych zajęć. Proszę spojrzeć, Krzyś ma na każdej to samo ubranie.

Wróciłam do domu syna bez zapowiedzi. W salonie stały nowe meble, a w kuchni błyszczał marmurowy blat. Na podjeździe zobaczyłam samochód, którego wcześniej nie mieli.

Położyłam umowę pożyczki na stole.

— Gdzie są pieniądze Krzysia?

Paweł długo milczał. W końcu przyznał, że mieli zaległości w spłacie kredytu hipotecznego. Część mojej pożyczki przeznaczyli na raty, resztę na remont i samochód.

— Musieliśmy ratować dom — tłumaczyła synowa. — Krzyś może ćwiczyć później.

— Lekarz powiedział, że najważniejsze są pierwsze miesiące po operacji!

— Rehabilitacja nie dawała natychmiastowych efektów — odpowiedział Paweł. — Nie mogliśmy wyrzucać pieniędzy w błoto.

Spojrzałam na wnuka stojącego w drzwiach. Słyszał każde słowo.

— Czyli pieniądze wydane na jego zdrowie byłyby wyrzucone w błoto, ale nowa kuchnia już nie?

Syn kazał mi się nie wtrącać. Przypomniałam mu, że to ja przez następne pięć lat miałam spłacać jego kłamstwo.

Skontaktowałam się z lekarzem prowadzącym Krzysia oraz fundacją pomagającą dzieciom po operacjach ortopedycznych. Udało się znaleźć miejsce na częściowo refundowanej rehabilitacji. Paweł musiał podpisać zobowiązanie do zwrotu pieniędzy. Sprzedał samochód, lecz odzyskałam jedynie część kwoty.

Krzyś znowu ćwiczy. Fizjoterapeutka ostrzegła jednak, że przez wielomiesięczną przerwę leczenie potrwa dłużej, a pewnych zmian nie da się już całkowicie cofnąć.

Pożyczkę można spłacić, samochód sprzedać, a kuchnię wyremontować jeszcze raz. Nikt jednak nie odda mojemu wnukowi siedmiu miesięcy, w których mógł uczyć się chodzić bez bólu.