Mój dwunastoletni opel stał więc pod blokiem i powoli niszczał.
Córka szybko znalazła rozwiązanie.
— Przepisz go na mnie — zaproponowała Marta. — Będę wozić dzieci do szkoły, a ciebie na wszystkie badania. Samochód zostanie w rodzinie i nadal będziesz mogła z niego korzystać.
Obawiałam się utraty samodzielności, ale córka zapewniała, że nigdy nie odmówi mi pomocy.
— Nie pozwolę, żebyś w swoim wieku tłukła się autobusami — powtarzała.
Podpisałyśmy umowę darowizny. Oddałam jej dowód rejestracyjny oraz oba komplety kluczy. Samochód kupiliśmy z mężem niedługo przed jego odejściem, dlatego miał dla mnie wartość większą niż cena widniejąca w ogłoszeniach.
Dwa tygodnie później dostałam skierowanie na pilną biopsję. Podczas badania wykryto niepokojącą zmianę w piersi. Wizyta została wyznaczona na siódmą trzydzieści rano w szpitalu po drugiej stronie miasta.
Zadzwoniłam do Marty.
— Oczywiście, że cię zawiozę — odpowiedziała. — Będę przed szóstą.
Wieczorem wysłała jednak wiadomość: „Nie dam rady. Pojedź autobusem”.
Natychmiast oddzwoniłam.
— Muszę być na miejscu wcześnie. To trzy przesiadki.
— Mamo, ludzie codziennie jeżdżą komunikacją. Nie jesteś jedyną osobą, która ma wizytę u lekarza.
— Przepisałam ci samochód właśnie dlatego, żebyś mnie woziła.
Córka westchnęła.
— Nie wiedziałam, że w zamian będziesz oczekiwać szofera na każde zawołanie.
Wstałam przed piątą. Padał deszcz, a chodniki były śliskie. Pierwszy autobus przyjechał spóźniony. Na drugiej przesiadce musiałam czekać ponad dwadzieścia minut bez zadaszenia.
Kiedy dotarłam pod szpital, zobaczyłam na parkingu swój samochód.
Za kierownicą siedziała Marta. Obok niej była koleżanka, a na tylnym siedzeniu leżały torby z logo galerii handlowej. Córka wysiadła, śmiejąc się, i weszła do pobliskiej kawiarni.
Podeszłam do szyby. Gdy mnie zobaczyła, zamarła.
— Co ty tutaj robisz? — zapytała.
— Jadę trzema autobusami na biopsję. A ty?
Okazało się, że umówiła się z koleżanką na zakupy. Zostawiła samochód przy szpitalu, ponieważ w sąsiedniej galerii parking był płatny.
— Mogłaś przełożyć wizytę — powiedziała. — Przecież to tylko badanie.
Nie odpowiedziałam. Weszłam do szpitala, ociekając wodą.
Spóźniłam się prawie czterdzieści minut. Pielęgniarka powiedziała, że lekarz może mnie już nie przyjąć. Kiedy wyjaśniłam sytuację, poprosiła, żebym zaczekała. Biopsję wykonano dopiero po południu.
Przez cały czas Marta nie zadzwoniła ani razu.
Po tygodniu otrzymałam wynik. Zmiana okazała się złośliwa, ale wykryta na tyle wcześnie, że lekarze dawali mi bardzo dobre szanse na wyleczenie. Czekały mnie kolejne badania i operacja.
Poprosiłam córkę, żeby zwróciła samochód.
— Nie możesz cofnąć prezentu tylko dlatego, że jeden raz ci odmówiłam — powiedziała.
— Nie odmówiłaś, bo nie mogłaś. Odmówiłaś, bo zakupy z koleżanką były dla ciebie ważniejsze od mojego zdrowia.
Marta zaczęła krzyczeć, że jestem niesprawiedliwa. Twierdziła, że samochód był rekompensatą za lata, w których pomagała mi robić zakupy i załatwiać sprawy.
Nie wspomniała, że przez osiem lat niemal codziennie odbierałam jej dzieci ze szkoły.
O pomoc poprosiłam prawnika. Pokazałam mu wiadomości, w których córka wielokrotnie zapewniała, że w zamian za samochód będzie mnie wozić na leczenie. Po otrzymaniu formalnego pisma Marta przestraszyła się sporu i zgodziła się oddać auto.
Przywiozła je z pustym bakiem i zarysowanymi drzwiami.
Nie mogłam jeszcze prowadzić, dlatego sprzedałam samochód. Za część pieniędzy opłaciłam transport na wszystkie wizyty oraz pomoc po operacji. Resztę zachowałam na leczenie.
Córka obraziła się i przestała dzwonić. Odezwała się dopiero po kilku miesiącach, gdy zepsuł się jej własny samochód i potrzebowała pieniędzy na naprawę.
— Nie mam jak wozić dzieci — tłumaczyła.
— Możesz pojechać autobusem — odpowiedziałam. — Są tylko dwie przesiadki.
Przepisałam samochód na córkę, ponieważ bałam się, że w chorobie zostanę sama. Na pierwszą wizytę wysłała mnie jednak przez pół miasta w deszczu.
Tamtego dnia straciłam nie tylko auto. Straciłam również złudzenie, że obietnica własnego dziecka jest bezpieczniejsza od podpisanej umowy.