W piątek wieczorem Marta przywoziła dziewięcioletnią Lenę i sześcioletniego Bartka, stawiała ich torby w przedpokoju, całowała mnie w policzek i natychmiast zerkała na zegarek.

— Mamo, muszę jechać. W hotelu znowu brakuje ludzi. Wrócę w niedzielę po kolacji.

Współczułam córce. Po rozwodzie została sama z dwójką dzieci, ratą kredytu i pracą na recepcji. Przynajmniej tak mi mówiła.

Zrezygnowałam z zajęć rehabilitacyjnych organizowanych w soboty. Przestałam jeździć do siostry na działkę. Odwołałam nawet tygodniowy pobyt w sanatorium, ponieważ Marta nie miała z kim zostawić dzieci.

— Babcia i tak ma dużo wolnego czasu — powiedziała kiedyś przy wnukach.

Zabolało mnie to, lecz milczałam. Kochałam Lenę i Bartka. Gotowałam im rosół, pomagałam w lekcjach i czytałam bajki. Z własnej emerytury kupowałam ubrania, opłacałam szkolne wycieczki i dawałam Marcie pieniądze, gdy twierdziła, że wypłatę dostanie z opóźnieniem.

Pewnej soboty Bartek dostał wysokiej gorączki. Miał problemy z oddychaniem, więc zabrałam go do nocnej opieki medycznej. Przez trzy godziny próbowałam dodzwonić się do Marty. Telefon był wyłączony.

Lekarz stwierdził zapalenie oskrzeli i wypisał receptę. Wróciliśmy do domu nad ranem. Marta odezwała się dopiero w niedzielę po południu.

— W pracy nie mogę korzystać z telefonu — wyjaśniła. — Mieliśmy grupę z zagranicy. Całą noc był ruch.

Przyjechała opalona i pachniała drogimi perfumami. Nie zapytała, jak spędziłam noc. Zdenerwowała się natomiast, że powinnam była kupić Bartkowi droższy syrop.

Nazajutrz znalazłam w torbie wnuczki kopertę należącą do Marty. Było na niej nazwisko kierowniczki hotelu oraz dopisek: „Pilne — dostarczyć do poniedziałku”. Zadzwoniłam do córki.

— To zwolnienie lekarskie — powiedziała. — Zapomniałam oddać. Mogłabyś zawieźć je do hotelu? Ja po nocnej zmianie muszę się wyspać.

Pojechałam. Chciałam przy okazji zapytać, czy naprawdę nie da się ułożyć grafiku tak, żeby córka miała choć jeden wolny weekend w miesiącu.

Kierowniczka, pani Renata, rozpoznała moje nazwisko.

— Jest pani mamą Marty?

— Tak. Przyniosłam jej dokument. Córka pracowała całą noc i teraz odpoczywa.

Kobieta zmarszczyła brwi.

— Marta nie pracowała tej nocy.

— Może pomyliłam zmianę.

— Pani chyba nie rozumie. Marta nie jest u nas zatrudniona od dziewięciu miesięcy. Sama złożyła wypowiedzenie.

Zrobiło mi się słabo. Musiałam oprzeć się o ladę.

— To niemożliwe. Co weekend zostawia dzieci, bo podobno ma dyżur.

Pani Renata spojrzała na mnie ze szczerym współczuciem.

— Dlaczego nadal pani wierzy, że córka tutaj pracuje?

Otworzyła kopertę. Nie było w niej zwolnienia lekarskiego, lecz stara karta pracownicza i prośba o przesłanie świadectwa pracy na nowy adres.

W domu pokazałam Lenie zdjęcie dokumentu. Dziewczynka rozpłakała się.

— Wiedziałam, że mama nie chodzi do pracy — wyszeptała. — Widziałam zdjęcia w jej telefonie, ale kazała mi nic nie mówić.

Pokazała mi profil, którego wcześniej nie znałam. Marta zablokowała na nim mnie oraz kilku członków rodziny. Na zdjęciach widziałam ją w Zakopanem, nad morzem, w spa i eleganckich restauracjach. Zawsze u boku tego samego mężczyzny.

Daty nie pozostawiały wątpliwości. Zdjęcia robiono w weekendy, kiedy ja gotowałam wnukom obiady i tłumaczyłam, że ich mama ciężko pracuje, aby niczego im nie brakowało.

Pod jednym ze zdjęć widniał podpis: „Wreszcie ktoś pokazał mi, jak wygląda życie bez obowiązków”.

W niedzielę czekałam na Martę przy stole. Obok kubka położyłam wydruk jej świadectwa pracy i fotografie.

— Jak minęła zmiana? — zapytałam.

Zbladła.

Najpierw próbowała się tłumaczyć. Później przyznała, że spotyka się z Robertem. Powiedziała mu, że dzieci spędzają weekendy z ojcem, ponieważ bała się, że mężczyzna nie zechce związku z samotną matką.

— Przez całe życie tylko pracowałam i zajmowałam się dziećmi — krzyczała. — Mam prawo być szczęśliwa!

— Oczywiście. Ale nie miałaś prawa budować tego szczęścia na moim kłamstwie i zmęczeniu.

— Przecież kochasz wnuki.

— Kocham. Właśnie dlatego nie będę dłużej pomagała ci udawać, że ich nie masz.

Wtedy z pokoju wyszła Lena. Musiała słyszeć całą rozmowę.

— Mamo, mówiłaś, że pracujesz dla nas — powiedziała cicho. — A ty odpoczywałaś od nas.

Marta odwróciła wzrok. Po raz pierwszy zabrakło jej odpowiedzi.

Skontaktowałam się z ojcem dzieci. Okazało się, że córka jemu również kłamała, twierdząc, że wnuki spędzają weekendy na dodatkowych zajęciach. Od tamtej pory zaczął zabierać je regularnie. Marta musiała znaleźć pracę i samodzielnie organizować opiekę.

Oskarżała mnie, że zniszczyłam jej związek. Robert odszedł, gdy dowiedział się, że przez prawie rok ukrywała przed nim własne dzieci.

Nadal widuję wnuki, ale już nie na każde żądanie córki. Zabieram je do siebie, ponieważ za nimi tęsknię, a nie dlatego, że ich matka wymyśliła kolejną nocną zmianę.

Przez rok wierzyłam, że Marta pracuje w weekendy, żeby zapewnić dzieciom lepsze życie. Prawda była dokładnie odwrotna.

To ja pracowałam w każdy weekend, żeby ona mogła udawać, że nie ma dzieci.