Opowiadała, że chciałaby zobaczyć Rzym, przejść uliczkami Florencji i choć raz napić się kawy z widokiem na morze. Po odejściu teścia coraz częściej powtarzała, że już nic dobrego jej nie czeka.

— Całe życie zajmowałam się rodziną — wzdychała. — Teraz mogę co najwyżej oglądać świat w telewizji.

Mojemu mężowi robiło się jej żal. Zdecydowaliśmy, że na jej siedemdziesiąte urodziny spełnimy to marzenie. Wycieczka kosztowała niemal czternaście tysięcy złotych. Zrezygnowaliśmy z remontu łazienki, a Piotr sprzedał motocykl, którym prawie nie jeździł.

Teściowa poprosiła, żebyśmy przekazali pieniądze jej.

— Koleżanka zna świetne biuro podróży. Dostanę zniżkę dla seniorów i załatwię wszystko sama — zapewniała.

Kilka dni później pokazała nam potwierdzenie rezerwacji. Miała lecieć do Rzymu, a później zwiedzać Toskanię. Cieszyła się jak dziecko. Kupiła nową walizkę, jasny kapelusz i sukienkę w czerwone kwiaty.

W dniu wylotu zawieźliśmy ją na lotnisko. Piotr niósł walizkę, a ja pilnowałam dokumentów. Przy stanowisku odprawy pracownica poprosiła o bilet. Irena wyjęła z torebki złożoną kartkę. Wypadł z niej drugi dokument.

Podniosłam go z podłogi.

Widniało na nim nazwisko Wiktora Lewandowskiego. Mężczyzna miał lecieć tym samym samolotem, siedzieć obok teściowej i mieszkać z nią w jednym pokoju.

— Kim jest Wiktor? — zapytałam.

Irena wyrwała mi bilet.

— Znajomym. Nie będę przecież podróżowała sama.

Piotr pobladł, gdy usłyszał nazwisko.

— Wiktor Lewandowski? Ten Wiktor?

Wtedy zobaczyłam eleganckiego mężczyznę w beżowym płaszczu. Szedł w naszą stronę, ciągnąc małą walizkę. Mąż rozpoznał go natychmiast.

Wiktor przez wiele lat prowadził firmę z jego ojcem. Bywał w domu teściów, spędzał z nimi święta i nazywał Piotra swoim drugim synem. Po pogrzebie teścia przestał się pojawiać. Sądziliśmy, że zerwał kontakt z całą rodziną.

— Od kiedy jesteście razem? — zapytał mąż.

— To nie wasza sprawa — odpowiedziała Irena. — Jestem dorosła i mam prawo ułożyć sobie życie.

— Oczywiście, że masz. Ale dlaczego za jego wakacje zapłaciliśmy my?

Teściowa westchnęła, jakby to jej wyrządzono krzywdę.

Okazało się, że wycieczka dla jednej osoby wcale nie kosztowała czternastu tysięcy. Irena kupiła dwa tańsze miejsca, a resztę przeznaczyła na wspólny pokój i dodatkowe wycieczki. Od początku planowała zabrać Wiktora. Nie powiedziała nam, ponieważ wiedziała, że się nie zgodzimy.

— Przecież pieniądze daliście mnie — tłumaczyła. — Mogłam zdecydować, jak je wydam.

— Sprzedałem motocykl, bo mówiłaś, że to może być twoja jedyna podróż — powiedział Piotr. — Nie po to, żeby fundować wakacje obcemu mężczyźnie.

Wiktor nagle odciągnął Irenę na bok.

— Mówiłaś, że syn wie — syknął. — Nie zamierzam uczestniczyć w rodzinnej awanturze.

— Powiedziałam im tyle, ile musieli wiedzieć.

Wtedy zadzwonił jego telefon. Na ekranie zobaczyłam słowo „Teresa”. Wiktor odrzucił połączenie, lecz po chwili telefon zadzwonił ponownie.

— Kim jest Teresa? — zapytałam.

Mężczyzna odwrócił wzrok.

Teściowa zaczęła płakać. Przyznała, że Wiktor nadal mieszka z żoną. Teresie powiedział, że wyjeżdża na rehabilitację. Romans trwał od dziewięciu lat — zaczął się jeszcze wtedy, gdy żył ojciec Piotra.

Mąż usiadł na ławce. Patrzył na matkę, jakby widział ją po raz pierwszy.

— Tata traktował go jak brata.

— Twój ojciec od dawna nie zwracał na mnie uwagi — odpowiedziała chłodno. — Też miałam prawo być szczęśliwa.

— Miałaś prawo odejść. Nie miałaś prawa przez lata ich obu oszukiwać, a później kazać nam za to płacić.

Wiktor oznajmił, że rezygnuje z podróży. Bał się, że Piotr zadzwoni do jego żony. Oddał Irenie bilet i odszedł, nie oglądając się za siebie.

Teściowa została przy walizce. Do odlotu pozostała niecała godzina.

— Nie zostawicie mnie tutaj samej, prawda? — zapytała. — Moglibyście dokupić Piotrowi miejsce. Polecielibyśmy razem.

Mąż długo milczał.

— Nie mam już czego sprzedawać, mamo.

Wróciliśmy do domu bez niej. Irena poleciała sama, ale przez cały wyjazd dzwoniła z pretensjami. Narzekała, że musi samotnie jeść posiłki i że zmarnowaliśmy jej urodziny.

Po powrocie nie przeprosiła. Powiedziała tylko, że dzieci powinny pomagać rodzicom bez zadawania pytań.

Od tamtego dnia Piotr już nie daje jej pieniędzy. Jeśli potrzebuje leków albo opłacenia rachunku, kupujemy je sami. Każdą inną prośbę sprawdzamy.

Nie żałuję pieniędzy wydanych na wycieczkę. Żałuję tego, co mój mąż stracił na lotnisku.

Przyjechał tam jako syn, który chciał spełnić marzenie samotnej matki. Odjechał jako człowiek, który zrozumiał, że przez lata znał jedynie taką wersję własnej rodziny, jaką pozwolono mu zobaczyć.