Mieszkała ponad trzysta kilometrów od nas, a podróż z dwójką małych dzieci nie była łatwa. Mimo to kilka razy w tygodniu dzwoniliśmy, wysyłaliśmy zdjęcia wnuków i zapraszaliśmy ją do siebie.

Zawsze odmawiała.

— To wy powinniście przyjeżdżać do mnie — powtarzała. — Mam duży dom, a siedzę w nim sama jak palec.

Kiedy zaprosiła nas na cztery dni, mój mąż Piotr bardzo się ucieszył. Uznał, że jego matka wreszcie chce zbliżyć się do ośmioletniej Leny i pięcioletniego Kuby.

Przed wyjazdem kupiliśmy jedzenie, leki dla teściowej oraz drogi komplet pościeli. Piotr zapakował również narzędzia.

— Mama wspominała, że piec dziwnie pracuje — wyjaśnił. — Przy okazji zerknę też na rynny.

Do domu Barbary dotarliśmy późnym popołudniem. Dzieci wybiegły z samochodu z przygotowanymi własnoręcznie laurkami. Teściowa przyjęła prezenty, ale nawet ich nie obejrzała.

— Tylko nie biegajcie po korytarzu — powiedziała. — Mam świeżo wypastowaną podłogę.

W salonie obowiązywał zakaz dotykania ozdób. W kuchni dzieci nie mogły jeść przy stole, żeby nie porysowały blatu. Kiedy Kuba usiadł na kanapie z pluszowym misiem, Barbara natychmiast kazała mu wstać.

— Jeszcze naniesiesz sierści.

— Mamo, to zabawka — zauważył Piotr.

— Wszystko jedno. Ten materiał trudno się czyści.

Próbowałam łagodzić sytuację. Tłumaczyłam dzieciom, że babcia mieszka sama i nie jest przyzwyczajona do hałasu. Lena poruszała się niemal na palcach, a Kuba przez większość wieczoru kolorował przy małym stoliku.

W tym czasie Piotr zajął się piecem. Okazało się, że instalacja wymaga czyszczenia i wymiany kilku części. Pojechał do sklepu, kupił je za własne pieniądze, a potem pracował do późnej nocy.

Następnego ranka wszedł na dach, żeby oczyścić rynny z mokrych liści. Naprawił również furtkę i wymienił zepsuty kontakt w sypialni matki.

— Dobrze, że przyjechałeś — powiedziała Barbara. — Fachowiec zażądałby fortuny.

Zrozumiałam wtedy, dlaczego tak bardzo nalegała na wizytę.

Wieczorem, gdy układałam dzieci do snu, zeszłam do kuchni po wodę. Usłyszałam, jak teściowa rozmawia z kimś przez telefon.

— Piotr już naprawił piec i rynny — mówiła. — Jutro ich odeślę. Dłużej nie wytrzymam tego zamieszania.

Zatrzymałam się w ciemnym korytarzu.

— Syn może zostać, ale ona z dziećmi tylko mi przeszkadza — dodała.

Nie powiedziałam Piotrowi, co usłyszałam. Wciąż miałam nadzieję, że teściowa ochłonie.

Następnego ranka Kuba przypadkowo przewrócił kubek z herbatą. Kilka kropel spadło na obrus. Natychmiast przyniosłam ścierkę, ale Barbara zerwała się od stołu.

— Mam tego dosyć! — krzyknęła. — Ani chwili spokoju we własnym domu!

Chłopiec zaczął płakać.

— To był wypadek — powiedział Piotr.

— Zaprosiłam was, a twoja żona nawet nie potrafi zapanować nad dziećmi.

— Przecież siedziały cicho przez cały pobyt — odpowiedziałam.

Teściowa spojrzała na mnie z pogardą.

— Twoje dzieci nie dają mi spokoju. Najlepiej będzie, jeśli jeszcze dzisiaj wyjedziecie.

Zabolało mnie słowo „twoje”. Lena i Kuba byli przecież również dziećmi Piotra i jej wnukami.

— Wczoraj naprawiliśmy wszystko, czego potrzebowałaś, więc już możemy zniknąć — powiedziałam.

Barbara pobladła. Zrozumiała, że słyszałam jej rozmowę.

— Nie przekręcaj moich słów. Piotr może zostać. Wy pojedźcie, skoro dzieci źle się tutaj czują.

Mąż powoli odłożył kubek.

— To nie one źle się tutaj czują. To ty robisz wszystko, żeby poczuły się niechciane.

— Jestem starszą kobietą. Potrzebuję ciszy.

— W takim razie nie trzeba było zapraszać rodziny. Mogłaś od razu poprosić mnie o naprawienie pieca.

Barbara rozpłakała się i oskarżyła mnie, że nastawiam przeciwko niej syna. Piotr nie wdawał się w kłótnię. Poszedł na górę i zaczął pakować walizki.

Teściowa obserwowała nas z korytarza.

— Jeśli teraz wyjdziesz, nie wracaj — powiedziała do niego.

— Wrócę, gdy zrozumiesz, że moja żona i moje dzieci nie są dodatkiem, który można odesłać po wykonaniu pracy.

W drodze powrotnej długo milczeliśmy. Za oknami padał deszcz, a mokre liście przyklejały się do szyby. Po kilkunastu kilometrach Lena zapytała:

— Tato, dlaczego babcia nas nie lubi?

Piotr zjechał na parking. Odwrócił się do dzieci i powiedział, że nie zrobiły niczego złego. Głos mu drżał. Widziałam, jak bardzo boli go zachowanie własnej matki.

Kilka dni później Barbara zadzwoniła, ponieważ przeciekało okno. Piotr podał jej numer fachowca. Wtedy zaczęła rozpowiadać krewnym, że synowa zabroniła mu pomagać starej matce.

Mąż po raz pierwszy nie pozwolił jej odwrócić historii. Każdemu, kto dzwonił z pretensjami, opowiadał, jak wykorzystała zaproszenie do bezpłatnych napraw, a później wyrzuciła wnuki z powodu kilku kropel herbaty.

Nie przestaliśmy jej kochać. Przestaliśmy jednak udawać, że rodziną jesteśmy tylko wtedy, gdy Barbara potrzebuje kierowcy, pieniędzy albo fachowca.

Najbardziej żałuję nie zmarnowanego wyjazdu ani kosztów podróży. Żałuję, że moje dzieci pojechały do babci z laurkami, a wróciły z pytaniem, dlaczego przeszkadza jej ich obecność.