Wnuczka od miesięcy miała problemy ze snem, bała się chodzić do szkoły i coraz rzadziej odzywała się przy obcych.

— Na wizytę w poradni trzeba czekać prawie rok — tłumaczyła Marta. — Prywatna terapia kosztuje dwa tysiące czterysta złotych miesięcznie. Paweł nie chce dać ani grosza.

Paweł był jej byłym mężem. Po rozwodzie Marta często narzekała, że interesuje go wyłącznie praca i nowa partnerka.

— Ile mam ci przekazywać? — zapytałam.

— Gdybyś dawała tysiąc dwieście złotych, jakoś pokryję resztę.

Moja emerytura wynosiła nieco ponad trzy tysiące sześćset złotych. Po opłaceniu rachunków, leków i pomocy córce zostawało mi niewiele. Zrezygnowałam z rehabilitacji kręgosłupa i przełożyłam wymianę okularów.

Pieniądze wysyłałam pierwszego dnia każdego miesiąca. W tytule przelewu zawsze wpisywałam: „Terapia Zosi”.

Marta zapewniała, że wnuczka robi postępy. Rzeczywiście, po kilku miesiącach Zosia wyglądała na spokojniejszą. Zaczęła znowu spotykać się z koleżankami i zgłosiła się do szkolnego konkursu plastycznego.

Wszystkie wyrzeczenia wydawały mi się tego warte.

Po dziesięciu miesiącach córka poprosiła, żebym poszła za nią na zebranie w szkole. Musiała zostać dłużej w pracy, więc przekazała wychowawczyni moje dane i upoważnienie.

Po spotkaniu klasowym zostałam na rozmowę z pedagogiem szkolnym. Przyszedł również Paweł.

— Zosia zrobiła ogromny postęp — powiedziała pedagog. — Dobrze, że tak szybko rozpoczęli państwo prywatną terapię.

Spojrzałam na byłego zięcia.

— Na szczęście Paweł w końcu zaczął pomagać — powiedziałam. — Marta długo musiała radzić sobie sama.

Mężczyzna zmarszczył brwi.

— Od początku opłacam wszystkie spotkania. Klinika wystawia faktury bezpośrednio na mnie.

Pomyślałam, że chce przypisać sobie zasługi.

— Przecież przekazuję Marcie połowę kosztów.

Paweł wyjął telefon. Pokazał mi wiadomości z kliniki oraz potwierdzenia przelewów. Co miesiąc płacił pełną kwotę za osiem spotkań. Nie było żadnych zaległości.

— Marta powiedziała mi, że pani kupuje Zosi ubrania i materiały do szkoły — dodał. — Nie wiedziałem, że bierze pieniądze również na terapię.

Zrobiło mi się słabo. Przez dziesięć miesięcy przekazałam córce dwanaście tysięcy złotych.

Po zebraniu pojechałam prosto do jej mieszkania. Marta siedziała w nowej kuchni, którą kilka tygodni wcześniej chwaliła się całej rodzinie. Twierdziła, że remont kupiła na raty.

Położyłam na stole wydrukowane potwierdzenia przelewów Pawła.

— Od początku płacił za wszystkie wizyty.

Córka przez chwilę milczała.

— On dużo zarabia. Powinien ponosić koszty.

— W takim razie na co wydawałaś moje pieniądze?

— Mamo, nie dramatyzuj. Potrzebowałyśmy nowych mebli, wakacji i normalnego życia. Wszystko przecież robiłam dla Zosi.

— Zosia potrzebowała terapii, nie twojej nowej kuchni.

— Masz emeryturę i własne mieszkanie. Te pieniądze nie zmieniły twojego życia.

— Zrezygnowałam przez nie z leczenia.

Marta odwróciła wzrok. Najbardziej zabolało mnie to, że nawet wtedy nie przeprosiła.

Przestałam wykonywać przelewy. Poprosiłam córkę o pisemne uznanie długu i zaproponowałam spłatę w niewielkich ratach. Początkowo odmówiła, lecz miałam wiadomości, w których wyraźnie pisała, że pieniądze są potrzebne na prywatną terapię. Po konsultacji z prawnikiem wysłałam jej formalne wezwanie do zwrotu.

Dopiero wtedy zgodziła się na ugodę.

Nie zerwałam kontaktu z Zosią. Nie powiedziałam jej również, co zrobiła matka. W sprawach terapii rozmawiam teraz bezpośrednio z Pawłem, a jeśli kupuję coś wnuczce, robię to sama.

Marta twierdzi, że stanęłam po stronie jej byłego męża. To nieprawda. Stanęłam po stronie prawdy i własnej godności.

Przez dziesięć miesięcy córka przekonywała mnie, że ratuję zdrowie wnuczki. Terapia rzeczywiście pomagała Zosi — ale opłacał ją ojciec.

Moje pieniądze leczyły jedynie finansowe zachcianki jej matki.