Było gorzej. Było spokojnie. Zbyt spokojnie jak na moment, w którym rozpada się czyjeś życie. Spojrzał na mnie, na łóżeczko, w którym spała nasza kilkutygodniowa córeczka, i powiedział, że „nie jest gotowy”. Że „to go przerosło”. Że „potrzebuje czasu”.
Zabrał torbę i wyszedł.
Zostałam sama. Z dzieckiem, które budziło się co dwie godziny, z ciałem, które wciąż bolało po porodzie, i z głową pełną pytań, na które nie było odpowiedzi. Noce były najgorsze. Kiedy mała płakała, a ja płakałam razem z nią, cicho, żeby nie przestraszyć sąsiadów. Kiedy trzymałam ją na rękach i zastanawiałam się, jak mam udźwignąć coś, czego nie planowałam dźwigać sama.
Trzeciego dnia zadzwonił domofon.
Stała w drzwiach jego matka. Ubrana elegancko, z idealnie ułożonymi włosami, jakby przyszła na spotkanie biznesowe, a nie do kobiety, której syn właśnie zrujnował życie. W ręku trzymała torbę z zakupami. Mleko. Pieluchy. Kilka słoiczków.
– Pomyślałam, że mogę pomóc – powiedziała, wchodząc bez zaproszenia.
Usiadła przy stole i zaczęła mówić spokojnie, rzeczowo, jak zawsze. O tym, że jej syn jest słaby. Że od dziecka uciekał od odpowiedzialności. Że ona to wiedziała. Że nie mam się łudzić, że szybko wróci.
Słuchałam jej z kamienną twarzą, bo nie miałam już siły na emocje. Każde słowo bolało, ale nie bardziej niż rzeczywistość.
– Dziecko potrzebuje stabilności – ciągnęła. – A ty teraz jej nie masz.
Poczułam, jak ściska mi się żołądek.
– Co pani chce przez to powiedzieć – zapytałam ostrożnie.
Spojrzała na mnie uważnie, jakby mierzyła, czy dam radę przyjąć to, co zaraz usłyszę.
– Chcę zabrać wnuczkę do siebie – powiedziała wprost. – Na jakiś czas. Ty odpoczniesz, dojdziesz do siebie, znajdziesz pracę. A ona będzie miała warunki. Spokój. Pieniądze. Opiekę.
Świat na moment przestał istnieć.
– Zabierać… moje dziecko – wyszeptałam.
– Nie zabierać – poprawiła mnie chłodno. – Pomóc. Tobie i jej. Nie oszukujmy się, sama sobie nie poradzisz.
Te słowa uderzyły mnie jak policzek. W jednej chwili zrozumiałam, że ona nie przyszła z troski. Przyszła po kontrolę. Po wnuczkę. Po naprawienie błędu swojego syna kosztem mnie.
– A ja – zapytałam, czując, jak drżą mi ręce – kim w tym wszystkim będę.
Wzruszyła ramionami.
– Matką. Oczywiście. Będziesz ją odwiedzać.
Odwiedzać.
Spojrzałam na moją córeczkę, która spała spokojnie w łóżeczku, nieświadoma, że właśnie ważą się jej losy. I wtedy coś we mnie pękło. Ale nie ze słabości. Ze wściekłości.
– Proszę wyjść – powiedziałam cicho.
Zaskoczyłam ją. Widocznie nie była przyzwyczajona do sprzeciwu.
– Zastanów się – dodała jeszcze. – To najlepsze rozwiązanie.
Podniosłam się, wzięłam torbę z zakupami i postawiłam ją przy drzwiach.
– Najlepszym rozwiązaniem jest to, żeby pani syn wziął odpowiedzialność – odpowiedziałam. – A dopóki tego nie zrobi, moje dziecko zostaje ze mną.
Wyszła bez słowa. Bez pożegnania. Bez spojrzenia na wnuczkę.
Zamknęłam drzwi i osunęłam się na podłogę. Trzymałam córkę na rękach i płakałam tak, jak jeszcze nigdy. Ze strachu. Z ulgi. Z determinacji.
Bo w tamtej chwili zrozumiałam jedno.
Mąż mógł mnie zostawić. Teściowa mogła mnie oceniać. Ale ja nie pozwolę, żeby ktokolwiek odebrał mi dziecko pod pretekstem „lepszego życia”.
I choć nie wiedziałam jeszcze, jak sobie poradzę, wiedziałam, że zrobię wszystko, żeby nikt nigdy nie nazwał mojej miłości niewystarczającą.