Jedni widzą w niej dowód na istnienie „drugiej strony”, inni traktują ją wyłącznie jako zjawisko biologiczne. Rzadko jednak zdarza się, by ktoś mógł porównać dwa takie doświadczenia. Mężczyzna, który aż dwukrotnie przeszedł przez stan śmierci klinicznej, postanowił opowiedzieć o tym, co zapamiętał. Jego relacja nie przypomina popularnych historii o wizjach i objawieniach. Jest surowa, oszczędna i przez to wyjątkowo poruszająca.

Granica, która nie zawsze wygląda tak samo

Śmierć kliniczna to moment, w którym ustają podstawowe funkcje życiowe, ale procesy w organizmie – zwłaszcza w mózgu – nie są jeszcze nieodwracalnie przerwane. To stan przejściowy, w którym możliwa jest skuteczna reanimacja. Właśnie ta „zawieszona” faza sprawia, że ludzie po powrocie próbują opisać to, co wydarzyło się między życiem a śmiercią.

Mężczyzna podkreśla jednak, że jego doświadczenia nie miały nic wspólnego z mistyką. Nie było znaków, symboli ani poczucia opuszczania ciała. Było raczej wyraźne zerwanie ciągłości świadomości.

Pierwsze zatrzymanie krążenia i nagłe przebudzenie

Pierwszy raz doszło do śmierci klinicznej po poważnym wypadku motocyklowym. Wspomnienia zaczynają się dopiero po odzyskaniu przytomności. Pamięta szpitalną salę, głosy lekarzy i informację, że jego serce przestało bić. Sam moment „odchodzenia” nie pozostawił żadnego śladu w pamięci.

To, co zapadło mu w głowie najmocniej, to kontrast między absolutną przerwą a gwałtownym powrotem bólu i bodźców. Jakby ktoś nagle włączył światło w pokoju, w którym wcześniej nie było nic.

Drugi raz: doświadczenie całkowitej nicości

Druga śmierć kliniczna nastąpiła po przedawkowaniu leków. Tym razem mężczyzna był bardziej świadomy własnych doznań. Opisał je jako stopniowe wygasanie wszystkiego, aż do momentu, w którym zniknęły ból, myśli i poczucie istnienia.

Nie było snów ani obrazów. Nie było strachu. Była cisza, którą nazwał nicością. Po przebudzeniu miał wrażenie, że minęła ogromna ilość czasu, choć w rzeczywistości była to krótka przerwa w pracy organizmu.

„Nie wiedziałbym, że umarłem”

Jedno zdanie z jego relacji szczególnie zapadło w pamięć internautom. Przyznał, że gdyby nie słowa lekarzy, nie miałby pojęcia, że doświadczył śmierci klinicznej. Nie było momentu przejścia ani poczucia powrotu. Świadomość urwała się i po prostu pojawiła się znowu.

To doświadczenie sprawiło, że mężczyzna nie uwierzył w życie po śmierci. Dla niego to, co przeżył, było raczej biologicznym „wyłączeniem systemu” niż wędrówką gdziekolwiek indziej.

Dlaczego jedni widzą wizje, a inni pustkę

Relacje osób po śmierci klinicznej są skrajnie różne. Część badaczy wskazuje, że kluczową rolę odgrywa sposób, w jaki mózg reaguje na niedotlenienie, stres i leki. Dla niektórych umysł tworzy obrazy i narracje, dla innych po tym czasie zostaje jedynie luka.

Historia mężczyzny, który dwukrotnie znalazł się na tej granicy, pokazuje, że brak doznań też jest doświadczeniem. I wcale nie mniej wstrząsającym niż opowieści o świetle i tunelu.

Opowieść, która zostawia więcej pytań niż odpowiedzi

Ta relacja nie daje pocieszenia ani dowodów na istnienie „czegoś więcej”. Zostawia za to pytanie o to, czym właściwie jest świadomość i gdzie się kończy. Być może właśnie dlatego tak mocno porusza – bo zamiast sensacyjnej historii oferuje ciszę.

A cisza, jak pokazuje to doświadczenie, potrafi być najbardziej przejmującą odpowiedzią.