Jeden stał zamknięty, w drugim nocowały wnuki, choć córka przywoziła je coraz rzadziej. Większość dnia spędzałam w kuchni albo przed telewizorem.

Paulina mieszkała z mężem i dwojgiem dzieci w niewielkim mieszkaniu na drugim końcu miasta. Za każdym razem, gdy ją odwiedzałam, narzekała na ciasnotę.

— Dzieci nie mają gdzie odrabiać lekcji — mówiła. — My śpimy w salonie, a ubrania trzymamy w kartonach.

Pewnego wieczoru zaproponowała zamianę.

— Ty nie potrzebujesz trzech pokoi, a moje mieszkanie jest na parterze. Nie musiałabyś chodzić po schodach. Wszyscy na tym skorzystamy.

Pomysł wydawał się rozsądny. Moje kolana rzeczywiście coraz częściej odmawiały posłuszeństwa. Paulina zapewniała, że jej lokal jest własnościowy i po zakończeniu formalności zostanie przepisany na mnie.

— Najpierw musisz przekazać nam swoje mieszkanie — wyjaśniła. — Bank wymaga dokumentu, zanim udzieli kredytu na remont. Później od razu załatwimy twoje papiery.

Notariusz zapytał, czy rozumiem, że podpisuję umowę darowizny. Paulina ścisnęła mnie pod stołem za rękę.

— Przecież to tylko formalność między matką a córką — powiedziała.

Podpisałam.

Tydzień później przeprowadziłam się do jej mieszkania. Córka pomogła mi przewieźć łóżko, ubrania oraz kilka pudeł z pamiątkami. Sama z rodziną zajęła moje dawne trzy pokoje.

— Za miesiąc skończymy wszystkie formalności — obiecała na pożegnanie.

Nie minęły nawet dwa tygodnie, gdy w skrzynce znalazłam polecony list ze spółdzielni. Był zaadresowany do Pauliny, ale na kopercie widniał czerwony napis: „Ostateczne wezwanie”.

Zadzwoniłam do córki.

— Otwórz — powiedziała nerwowo. — Pewnie chodzi o jakieś drobne rozliczenie.

W środku znajdowało się wezwanie do zapłaty ponad czterdziestu sześciu tysięcy złotych. Spółdzielnia informowała również o skierowaniu sprawy do sądu oraz możliwości utraty prawa do lokalu.

Przeczytałam pismo trzy razy.

Paulina nie miała mieszkania własnościowego. Przysługiwało jej spółdzielcze lokatorskie prawo, którego nie mogła mi po prostu przekazać. Co gorsza, od prawie trzech lat nie płaciła czynszu.

Pojechałam do spółdzielni. Pracownica długo przeglądała dokumenty, a potem spojrzała na mnie ze współczuciem.

— Pani córka była u nas kilka razy — powiedziała. — Wiedziała o zadłużeniu i postępowaniu. Zapewniała, że wkrótce przeprowadzi się do innego mieszkania.

— A co ze mną?

— Pani nie jest stroną umowy. Nie mamy dokumentu, który dawałby pani prawo do tego lokalu.

Zrozumiałam, że oddałam córce mieszkanie bez żadnej prawdziwej zamiany. Przeprowadziłam się do zadłużonego lokalu, z którego wkrótce mogłam zostać usunięta.

Natychmiast pojechałam do Pauliny.

Drzwi do mojego dawnego mieszkania otworzył zięć. W salonie nie było już starych mebli. Na ścianach wisiały próbki farb, a na podłodze leżały katalogi nowych kuchni.

— Gdzie są moje rzeczy? — zapytałam.

— W piwnicy — odpowiedział. — Paulina mówiła, że już ich nie potrzebujesz.

Córka wyszła z sypialni i od razu zobaczyła trzymany przeze mnie list.

— Mamo, niepotrzebnie tam pojechałaś. Mieliśmy wszystko załatwić.

— Wiedziałaś, że to mieszkanie jest zadłużone.

— Zamierzaliśmy spłacić dług po otrzymaniu kredytu.

— Jakiego kredytu?

Paulina milczała. Zięć odwrócił wzrok.

Dopiero wtedy przyznali, że chcieli obciążyć moje dawne mieszkanie kredytem. Część pieniędzy miała pójść na remont, a reszta na spłatę ich zobowiązań. Poza długiem w spółdzielni mieli jeszcze pożyczki oraz zaległe raty za samochód.

— Dlaczego mi nie powiedziałaś? — zapytałam.

— Bo nigdy byś się nie zgodziła.

— Więc mnie oszukałaś.

— Dałam ci mieszkanie na parterze! Sama mówiłaś, że trzy pokoje są ci niepotrzebne.

— Dałaś mi cudzy dług i obietnicę bez pokrycia.

Paulina zaczęła płakać. Przypomniała mi, ile kosztuje wychowanie dzieci. Powiedziała, że jako matka powinnam chcieć dla niej lepszego życia.

— Chciałam — odpowiedziałam. — Dlatego oddałam ci dom. Ty chciałaś jeszcze, żebym została bez niczego.

Jeszcze tego samego dnia poszłam do prawnika. Złożyliśmy wniosek o zabezpieczenie mieszkania, żeby córka nie mogła go sprzedać ani obciążyć kredytem do czasu wyjaśnienia sprawy. Rozpoczęłam także postępowanie dotyczące odwołania darowizny z powodu oszustwa i rażącej niewdzięczności.

Paulina wpadła w furię. Zagroziła, że nigdy więcej nie zobaczę wnuków. Później zaczęła dzwonić do krewnych i opowiadać, że wyrzucam własne dzieci na ulicę.

Nie wspomniała, że wcześniej sama umieściła mnie w mieszkaniu zagrożonym utratą.

Do czasu rozstrzygnięcia sprawy zamieszkałam u siostry. Spałam na rozkładanej kanapie, a ubrania trzymałam w walizkach. Najbardziej bolało mnie, że sama spakowałam swoje życie, wierząc, że pomagam córce.

Pierwszy list ze spółdzielni ocalił mnie przed całkowitą ruiną. Gdyby przyszedł miesiąc później, moje mieszkanie prawdopodobnie byłoby już obciążone kolejnym długiem.

Zamieniłam się z córką na mieszkania, żeby dać jej więcej przestrzeni.

Ona w zamian próbowała odebrać mi jedyne miejsce, w którym na starość mogłam czuć się bezpiecznie.