Wyjeżdżałem rano i wracałem dopiero wieczorem, pachnąc ziemią, dymem z ogniska oraz miętą, którą rozcierałem w dłoniach przed wejściem do domu.
Maria nigdy niczego nie podejrzewała.
— Dobrze, że masz zajęcie — mówiła, pakując mi kanapki. — Inaczej siedziałbyś całymi dniami przed telewizorem.
Przez czterdzieści lat małżeństwa ufała mi bezgranicznie. Wiedziała, że czasem lubię pobyć sam, więc nie pytała, dlaczego pielęgnowanie kilku grządek zajmuje mi dziesięć godzin.
Początkowo naprawdę jeździłem tam wyłącznie dla ogrodu. Wszystko zmieniło się, gdy działkę obok przejęła Lidia. Była kilka lat młodsza ode mnie, rozwiedziona i zawsze uśmiechnięta. Nie znała mojego życia sprzed emerytury. Nie pamiętała, jak wyglądałem bez włosów, kiedy przechodziłem ciężkie leczenie, ani jak Maria czuwała przy mnie całymi nocami.
Dla Lidii byłem interesującym mężczyzną, który potrafił naprawić kran i zbudować pergolę.
Najpierw pożyczyła ode mnie grabie. Później zaprosiła na kawę. Zaczęliśmy rozmawiać przez płot, potem przy stole w jej altanie. Słuchała moich opowieści i śmiała się z żartów, które Maria słyszała już po kilkanaście razy.
Pierwszy pocałunek wydarzył się podczas letniej ulewy. Schowaliśmy się w altanie, a ja zamiast wrócić na swoją działkę, zostałem u niej do wieczora.
Po powrocie powiedziałem żonie, że musiałem ratować pomidory przed deszczem.
Kłamałem coraz łatwiej. Wymyślałem choroby roślin, awarie pompy i zebrania zarządu. Maria kupowała mi nasiona, szykowała termos z herbatą i prała koszule poplamione szminką, którą brała za sok z malin.
W domu narzekałem, że bolą mnie plecy. Na działce nosiłem dla Lidii ciężkie worki z ziemią. Żonie odmawiałem wspólnego spaceru, bo byłem zmęczony. Z kochanką jeździłem rowerem nad jezioro.
Nie czułem się winny. Wmawiałem sobie, że po tylu latach małżeństwa należy mi się trochę emocji. Przecież nie zamierzałem odchodzić od Marii. Chciałem zachować dom, rodzinę i ciepły obiad, a jednocześnie mieć miejsce, w którym znów czułem się młody.
Jesienią żona zapytała, dlaczego prawie niczego nie przynoszę z działki.
— Taki rok — odpowiedziałem. — Wszystko słabo obrodziło.
Nie wiedziała, że warzywa woziłem Lidii. Robiła z nich przetwory, a na słoikach przyklejała karteczki z napisem: „Nasze zbiory”.
Prawdę Maria poznała w dniu moich urodzin.
Miała odwiedzić córkę, więc byłem przekonany, że nie pojawi się na działce. Tymczasem przygotowała ciasto, zabrała wnuka i przyjechała zrobić mi niespodziankę.
Zastała nas w altanie Lidii. Siedzieliśmy obok siebie na kanapie. Jej głowa spoczywała na moim ramieniu, a moja dłoń znajdowała się pod jej swetrem.
Maria nie krzyknęła. Nie rzuciła ciasta na ziemię. Stała w drzwiach, trzymając w rękach talerz z tortem. Obok niej nasz dziesięcioletni wnuk patrzył na mnie, nie rozumiejąc, dlaczego dziadek obejmuje obcą kobietę.
— Babciu, kto to jest? — zapytał.
Żona postawiła ciasto na stole.
— Zapytaj dziadka. Przez ostatni rok to on najlepiej opowiadał bajki.
Odwróciła się i wyszła.
Pobiegłem za nią, lecz nie chciała mnie słuchać. Jeszcze tego samego wieczoru spakowała moje ubrania. Musiałem zamieszkać w altanie, ponieważ córka odmówiła przyjęcia mnie pod swój dach.
Byłem przekonany, że Lidia się ucieszy. W końcu mogliśmy być razem bez ukrywania się.
— Nie umawialiśmy się na wspólne życie — powiedziała. — Lubiłam nasze spotkania, ale nie chcę mieć męża.
Po tygodniu przestała przyjeżdżać na działkę. Później dowiedziałem się, że ją sprzedała i wyjechała do siostry.
Zostałem sam w wilgotnej altanie. Noce stawały się coraz chłodniejsze, a ja po raz pierwszy zobaczyłem, jak niewiele warte było uczucie, dla którego ryzykowałem rodzinę.
Prosiłem Marię o wybaczenie. Przynosiłem kwiaty, pisałem listy i tłumaczyłem, że romans nic dla mnie nie znaczył.
— Właśnie dlatego nie mogę ci wybaczyć — odpowiedziała. — Zniszczyłeś czterdzieści lat dla czegoś, co podobno nic nie znaczyło.
Złożyła pozew o rozwód. Działkę, którą przed laty przepisał jej ojciec, przekazała córce. Nie mam już prawa tam wchodzić.
Czasem przechodzę wzdłuż ogrodzenia i patrzę na grządki. Groch, przy którym po raz pierwszy dotknąłem dłoni Lidii, dawno wyrwano. Altanę przemalowano, a nasze słoiki zniknęły.
Żona myślała, że uprawiam warzywa. Ja przez wiele miesięcy uprawiałem kłamstwo, podlewając je każdą wymówką i każdym późnym powrotem.
Romans wykiełkował szybko.
Dopiero kiedy dojrzał, zrozumiałem, że jego jedynym plonem była samotność.