Pod koniec codzienny spacer do sklepu przypominał drogę przez mękę. Spałam z poduszką między kolanami, poruszałam się o lasce i po kilka razy dziennie brałam środki przeciwbólowe.

Kiedy szpital podał mi termin, rozpłakałam się z radości. Dwunastego lipca miałam dostać nowy staw biodrowy. Lekarz zapewniał, że po rehabilitacji odzyskam samodzielność.

Tydzień przed operacją zadzwoniła córka.

— Mamo, wydarzyła się katastrofa — powiedziała Marta. — Opiekunka zrezygnowała, a nasz urlop jest już opłacony.

Razem z mężem wybierała się na dziesięć dni do Grecji. Hotel był przeznaczony wyłącznie dla dorosłych, dlatego siedmioletni Staś i pięcioletnia Zosia mieli zostać z opiekunką.

— Przecież wiesz, że mam operację — przypomniałam.

— Możesz przełożyć ją o kilka tygodni. My stracimy prawie dwanaście tysięcy złotych.

Odmówiłam. Marta najpierw płakała, później zaczęła mówić, że od narodzin dzieci nigdzie nie wyjechała. Zarzuciła mi, że nigdy nie można na mnie liczyć.

— To tylko dziesięć dni — powtarzała. — Będziesz głównie siedzieć w domu. Dzieci są już samodzielne.

W końcu uległam. Zadzwoniłam do szpitala i poinformowałam, że nie zgłoszę się na zabieg. Pielęgniarka kilka razy pytała, czy jestem pewna.

— Kolejny termin może być odległy — ostrzegła.

Marta zapewniała, że po powrocie pomoże mi wszystko przyspieszyć.

Dzieci przywiozła wieczorem przed wylotem. Oprócz dwóch walizek zostawiła listę obowiązków, leki Zosi i torbę ubrań do prania.

Już trzeciego dnia moje biodro zaczęło boleć tak mocno, że nie mogłam wejść po schodach. Staś miał trening piłki nożnej na drugim końcu miasta, a Zosia codziennie domagała się spaceru na plac zabaw. Nie chciałam, żeby dzieci odczuły, jak bardzo cierpię.

Piątej nocy Zosia dostała gorączki. Kiedy niosłam ją do łazienki, noga się pode mną ugięła. Upadłam na kolana, osłaniając wnuczkę własnym ciałem. Do rana leżałam na kanapie, ponieważ nie miałam siły dojść do łóżka.

Dzwoniłam do Marty. Nie odbierała. Odpisała dopiero po kilku godzinach:

„Jesteśmy na rejsie. Poradzisz sobie. Daj jej syrop”.

Sąsiadka zawiozła nas do nocnej opieki medycznej. Lekarz, widząc, jak chodzę, zapytał, dlaczego nie jestem w szpitalu na operacji. Nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy.

Córka wróciła opalona i wypoczęta. W przedpokoju opowiadała o plaży, hotelowym basenie i kolacji na statku. Dopiero po chwili zauważyła laskę opartą o moje krzesło.

— Mamo, dlaczego ty wciąż tak kulejesz? — zapytała. — Myślałam, że miałaś mieć operację.

Patrzyłam na nią, nie wierząc, że naprawdę to powiedziała.

— Zrezygnowałam z niej, żebyś mogła pojechać na urlop.

Marta zmarszczyła brwi, jakby próbowała sobie przypomnieć mało ważną rozmowę.

— No tak, ale myślałam, że od razu dostaniesz nowy termin.

— Uprzedzałam cię, że mogę czekać wiele miesięcy.

— To była twoja decyzja — odpowiedziała. — Nie obwiniaj mnie teraz za wszystko.

Następnego dnia pojechałam do szpitala. Najbliższy wolny termin wyznaczono za jedenaście miesięcy. Po upadku stan biodra się pogorszył, a lekarz zalecił mi ograniczenie wysiłku.

Zadzwoniłam do córki i powiedziałam, że do czasu operacji nie będę odbierać dzieci ze szkoły ani opiekować się nimi w weekendy.

— Jak ja mam teraz pracować? — oburzyła się.

— Tak samo, jak ja mam przez jedenaście miesięcy chodzić. Musisz sobie poradzić.

Marta przez kilka tygodni nazywała mnie egoistką. Znalazła jednak płatną opiekunkę, tę samą, na którą wcześniej rzekomo nie było pieniędzy. Ja poprosiłam sąsiadkę i siostrę o pomoc. Dzięki zwolnionemu terminowi operację przeprowadzono po pięciu miesiącach.

Córka odwiedziła mnie w szpitalu tylko raz. Przyniosła kwiaty i zapytała, kiedy znowu będę mogła zajmować się wnukami.

Wtedy zrozumiałam, że nie tęskniła za zdrową matką. Czekała na sprawną opiekunkę.

Oddałam jej jedyną rzecz, której nie powinnam była poświęcać — własną szansę na życie bez bólu.

Ona pamiętała cenę hotelu, godzinę wylotu i numer pokoju. Zapomniała tylko, że ja zrezygnowałam z operacji, aby mogła spacerować po plaży, podczas gdy sama ledwo chodziłam.