Powtarzał sobie w myślach, że to rozsądna decyzja. Że nie ma innego wyjścia. Że zrobił wszystko, co mógł. Że ojciec będzie tam bezpieczny, zaopiekowany, pod kontrolą lekarzy. Że to nie zdrada, tylko odpowiedzialność.

Tak mówił też żonie. Tak mówił siostrze, która nie przyjeżdżała, ale potrafiła oceniać przez telefon. Tak mówił sobie, kiedy nocą budził się z poczuciem winy.

Ojciec siedział obok, cichy, jakby już dawno zrozumiał, że jego zdanie nie ma znaczenia. W ręku trzymał małą torbę, zbyt małą jak na całe życie. W oknie odbijała się jego twarz, ściągnięta, pozbawiona buntu. To bolało najbardziej, bo bunt byłby łatwiejszy. Bunt usprawiedliwiałby wszystko.

Milczenie oskarżało.

Pod domem opieki pachniało środkiem dezynfekującym i zbyt silną kawą. W środku panowała cisza pełna kroków. Personel był uprzejmy, zbyt uprzejmy, jak ludzie, którzy widzą podobne sceny codziennie i nauczyli się nie patrzeć w oczy.

Podpisy. Formularze. Numery. Godziny odwiedzin.

Mężczyzna składał podpis za podpisem i czuł, że każdy podpis coś w nim odcina. Że nie podpisuje dokumentów. Podpisuje wyrok, którego nie umie nazwać.

Kiedy odprowadził ojca do pokoju, zobaczył łóżko, szafkę i krzesło. Trzy meble, które miały zastąpić całe mieszkanie, wszystkie wspomnienia, zapachy, zdjęcia na ścianie, ten jeden fotel, w którym ojciec siedział wieczorami.

– Będę przyjeżdżał – powiedział szybko. – Zobaczysz, będzie dobrze.

Ojciec kiwnął głową. Bez łez. Bez słów.

– Uważaj na siebie – odparł tylko, jakby to syn był tym, który zostaje.

W drodze powrotnej mężczyzna zaciskał dłonie na kierownicy aż do bólu. Czuł ulgę, której się wstydził. Ulgę, że nie będzie już telefonów w środku nocy. Że nie będzie przewracania ojca w łóżku, zmiany pościeli, proszenia o pomoc, której nikt nie chciał dawać. Że może wreszcie odpocznie.

Powtarzał sobie, że to miłość w praktyce. Że to dojrzałość. Że to troska.

Kiedy wszedł do domu, jego syn siedział na dywanie w salonie, budował coś z klocków. Miał może osiem lat, oczy zbyt uważne jak na dziecko, które powinno myśleć tylko o zabawie. Odwrócił się i spojrzał na ojca tak, jakby czekał na niego od dawna.

– Tato – powiedział.

Mężczyzna uśmiechnął się sztucznie, zrzucił kurtkę i spróbował brzmieć normalnie.

– No, co tam, mistrzu.

Syn zmrużył oczy, a potem zadał pytanie, prosto, bez ozdobników, tak jak dzieci potrafią wbijać nóż w miejsce, w które dorośli boją się dotknąć.

– A kiedy ty zawieziesz tam mnie.

Mężczyzna zamarł. W jednej chwili poczuł, jak spływa z niego cały pancerz rozsądku, który budował przez miesiące. Zobaczył siebie w samochodzie. Ojca z torbą. Ciszę. Podpisy. Łóżko. I nagle zobaczył też coś jeszcze.

Zobaczył, jak to wygląda z boku.

Dla dziecka to nie była decyzja o opiece medycznej. Dla dziecka to było jedno zdarzenie z jasnym morałem. Kiedy ktoś staje się ciężarem, wywozi się go z domu. Kiedy ktoś przestaje pasować do codzienności, oddaje się go w obce ręce.

Mężczyzna próbował coś powiedzieć, ale słowa nie chciały wyjść. Bo każda odpowiedź brzmiała jak usprawiedliwienie, a usprawiedliwienia nie leczą prawdy.

– Przecież dziadek był chory – wydusił w końcu.

Syn wzruszył ramionami.

– Ty też będziesz kiedyś chory – odparł spokojnie. – Ja też.

To nie było oskarżenie. To był fakt. Najgorszy rodzaj prawdy, bo nie da się z nim dyskutować.

Mężczyzna usiadł ciężko na kanapie i poczuł, że w jednej chwili stał się starszy. Zrozumiał, że tego dnia nie oddał tylko ojca do domu opieki. Oddał coś jeszcze. Pewność, że jest dobrym synem. I pewność, że jego własne dziecko widzi w nim bezpieczną przyszłość.

Podszedł do syna, uklęknął przy nim i spojrzał mu w oczy.

– Nie – powiedział w końcu cicho. – Nie chcę, żebyś kiedykolwiek musiał zadać sobie to pytanie.

Syn patrzył na niego uważnie, jakby próbował sprawdzić, czy to prawda, czy tylko słowa.

A mężczyzna wiedział już, że jednego nie cofnie. Że zawsze będzie pamiętał to pytanie. I że za każdym razem, gdy odwiedzi ojca, będzie słyszał w głowie głos dziecka.

Kiedy ty zawieziesz tam mnie.