Była właścicielką trzypokojowego mieszkania w centrum, niewielkiej działki oraz oszczędności, o których w rodzinie krążyły legendy.

Kiedy zaczęła chorować, wszyscy nagle przypomnieli sobie o jej istnieniu. Kuzyni dzwonili w święta, przysyłali kartki i obiecywali odwiedziny. Ja poszłam o krok dalej.

Zaczęłam pojawiać się u niej kilka razy w tygodniu.

Robiłam zakupy, odbierałam recepty, gotowałam obiady i zmieniałam pościel. W soboty sprzątałam całe mieszkanie. Ciocia siedziała w fotelu i przesuwała palcem po meblach, sprawdzając, czy dokładnie starłam kurz.

Najgorzej było z oknami.

— Znowu zostawiłaś smugi — mówiła. — Człowiek patrzy na świat przez brudną szybę i od razu traci ochotę do życia.

Miałam wtedy ochotę rzucić ścierkę na podłogę i wyjść. Zamiast tego uśmiechałam się, poprawiałam firanki i myłam szybę jeszcze raz.

W domu mąż przypominał mi, po co to robię.

— Wytrzymaj — mówił. — Regina długo już sama nie pociągnie. Mieszkanie jest warte fortunę. Nie możesz pozwolić, żeby dostał je ktoś z dalszej rodziny.

Początkowo wstydziłam się takich rozmów. Z czasem zaczęłam traktować opiekę nad ciocią jak inwestycję. Zapisywałam każdy wydatek, przechowywałam paragony i liczyłam godziny spędzone na sprzątaniu. Gdy kupowałam jej lepszą herbatę, wyobrażałam sobie, jak urządzę salon po przeprowadzce do jej mieszkania.

Pewnego dnia u cioci pojawiła się Teresa.

Była emerytowaną woźną mieszkającą piętro niżej. Przychodziła dwa razy w tygodniu, przynosiła domowe ciasto i pomagała w drobnych porządkach.

Od początku jej nie lubiłam.

— Po co ci obca kobieta? — zapytałam ciocię. — Przecież masz mnie.

— Ty zawsze się spieszysz. Teresa potrafi usiąść i porozmawiać.

— Mam rodzinę, pracę i własny dom. Robię dla ciebie tyle, ile mogę.

— Wiem — odpowiedziała chłodno. — Zawsze dokładnie tyle, ile trzeba.

Najbardziej irytowało mnie, że ciocia zachwycała się każdym drobiazgiem zrobionym przez sąsiadkę.

— Zobacz, jak Teresa umyła okna. Ani jednej smugi.

Słyszałam te słowa niemal podczas każdej wizyty. Zaczęłam podejrzewać, że Teresa chce przypodobać się samotnej starszej kobiecie. Ostrzegałam ciocię, że sąsiadka może liczyć na jej majątek.

Regina spojrzała na mnie wtedy bardzo uważnie.

— A ty na nic nie liczysz?

— Jestem twoją rodziną.

Nie odpowiedziała.

Kilka miesięcy później stan cioci się pogorszył. Pewnego wieczoru zadzwoniła i poprosiła, żebym natychmiast przyjechała.

— Nie mogę dziś — powiedziałam. — Jutro mam ważne spotkanie, a dzieci są przeziębione.

— Chciałam tylko, żebyś chwilę ze mną posiedziała.

— Przyjadę w sobotę. Umyję okna i zrobię zakupy.

Kiedy się rozłączyłam, poczułam wyrzuty sumienia. Mąż szybko je jednak uciszył.

— Nie możesz biec za każdym razem, kiedy pstryknie palcami. I tak robisz dla niej więcej niż wszyscy pozostali.

Następnego dnia dowiedziałam się, że wieczorem przyszła Teresa. Została z ciocią do rana. Nie sprzątała ani nie gotowała. Po prostu siedziała przy jej łóżku, trzymała ją za rękę i słuchała wspomnień z młodości.

Kilka tygodni później cioci zabrakło.

Po uroczystości czekałam na telefon od notariusza. Byłam przekonana, że Regina zapisała mi mieszkanie. W końcu przez sześć lat woziłam ją do lekarzy, gotowałam, prałam i sprzątałam. Nikt z rodziny nie poświęcił jej tyle czasu.

W kancelarii zastałam Teresę. Siedziała pod ścianą w starym płaszczu i ściskała torebkę obiema dłońmi.

— Co ona tutaj robi? — zapytałam.

Notariusz poprosił, żebym usiadła.

Ciocia zapisała mieszkanie Teresie. Działkę przeznaczyła na rzecz fundacji prowadzącej dom dla samotnych seniorów. Mnie zostawiła niewielką kopertę oraz drewniane pudełko.

Zerwałam się z krzesła.

— To niemożliwe! Ta kobieta ją zmanipulowała! Byłam przy cioci przez sześć lat!

Notariusz spokojnie wyjaśnił, że testament sporządzono w obecności lekarza, który potwierdził pełną świadomość Reginy. Ciocia przewidziała również, że spróbuję podważyć jej decyzję. Do dokumentów dołączyła własnoręcznie napisane uzasadnienie.

W pudełku znajdowały się wszystkie paragony, które przez lata tak skrupulatnie zbierałam. W kopercie była dokładnie wyliczona kwota poniesionych przeze mnie wydatków, powiększona o symboliczne wynagrodzenie za pomoc.

Dołączono też list.

„Iwonko, wiem, dlaczego do mnie przychodziłaś. Pewnego dnia usłyszałam, jak w kuchni powiedziałaś mężowi, że warto znosić moje humory dla mieszkania. Mimo to byłam ci wdzięczna za każdą zupę, zakupy i wizytę u lekarza. Nie mogłam jednak zapisać ci domu za uczucie, którego nigdy mi nie dałaś.

Ty przychodziłaś wykonywać obowiązki. Teresa przychodziła do mnie.

Myła okna bez smug, ale nie dlatego otrzymała mieszkanie. Dostała je, ponieważ jako jedyna nie patrzyła na zegarek, gdy zaczynałam opowiadać. Wiedziała, czego się boję, za kim tęsknię i dlaczego nie potrafię zasnąć. Ty znałaś tylko listę moich leków oraz wartość mojego majątku”.

Nie doczytałam listu do końca. Rozpłakałam się z wściekłości, upokorzenia i żalu.

Po wyjściu z kancelarii zadzwoniłam do męża. Byłam pewna, że mnie pocieszy.

— Zmarnowałaś sześć lat — powiedział. — Mogłaś w tym czasie znaleźć dodatkową pracę.

Wtedy zrozumiałam, że dla niego moje wizyty u cioci również były jedynie inwestycją. Nie zapytał, czy cierpię po jej odejściu. Interesowało go tylko utracone mieszkanie.

Teresa dogoniła mnie przed budynkiem i podała niedokończony list.

— Pani ciocia naprawdę panią kochała — powiedziała. — Do końca miała nadzieję, że któregoś dnia przyjdzie pani bez wiadra i ścierki. Tylko po to, żeby z nią pobyć.

Nie potrafiłam spojrzeć jej w oczy.

Przez lata byłam przekonana, że ciocia widzi każdą smugę pozostawioną przeze mnie na szybie. Nie zauważyłam, że znacznie wyraźniej widziała ślady wyrachowania na każdym moim dobrym uczynku.