Chciałam podróżować, zapisać się na kurs malowania i przestać planować każdy dzień według obiadu podawanego punktualnie o trzynastej.

Mój mąż Roman tylko się ze mnie śmiał.

— Dokąd ty będziesz podróżować z tym kręgosłupem? — pytał. — I po co ci malowanie? W tym wieku artystką już nie zostaniesz.

Roman przeszedł na emeryturę trzy lata przede mną. Jego życie prawie się nie zmieniło. Rano oglądał wiadomości, później szedł do kolegi albo na działkę, a po powrocie czekał na ciepły posiłek. Zakupy, pranie, sprzątanie i rachunki nadal należały do mnie.

Sądziłam, że kiedy zakończę pracę w szkolnym sekretariacie, zaczniemy wspólnie korzystać z wolnego czasu. Tymczasem już pierwszego dnia Roman wręczył mi kartkę.

— Skoro teraz siedzisz w domu, możesz codziennie gotować świeży obiad. I dobrze byłoby umyć okna.

Spojrzałam na listę: prasowanie koszul, porządki w piwnicy, przetwory, wizyta w urzędzie. Moja emerytura miała wyglądać jak drugi etat, tylko bez wypłaty.

Kilka tygodni później zadzwoniła przyjaciółka Irena. Wynajęła na miesiąc niewielkie mieszkanie w Kołobrzegu i zaproponowała, żebym pojechała z nią. Znalazła nawet kurs akwareli dla początkujących.

Kiedy powiedziałam o tym Romanowi, roześmiał się.

— Dwie stare baby będą udawały nastolatki. Daj spokój, nigdzie nie pojedziesz. Kto mi będzie gotował?

— Możesz pojechać z nami.

— I siedzieć z wami nad farbkami? Nie ośmieszaj mnie.

Następnego dnia kupiłam bilet.

Roman do końca nie wierzył, że wyjadę. Kiedy zobaczył walizkę, wpadł w złość.

— Chcesz zostawić męża samego na cały miesiąc?

— Nie zostawiam dziecka. Jesteś dorosłym człowiekiem.

Przygotowałam mu leki, zapisałam terminy płatności i włożyłam do zamrażarki kilka porcji jedzenia. Potem zamknęłam drzwi i po raz pierwszy od naszego ślubu pojechałam gdzieś bez niego.

Nad morzem poczułam się tak, jakbym przez lata oddychała tylko połową płuc. Spacerowałam po plaży, malowałam zachody słońca i piłam z Ireną kawę bez patrzenia na zegarek. Nikt nie pytał, co będzie na obiad.

Roman zadzwonił trzeciego dnia.

— Jak włączyć pralkę?

Wytłumaczyłam mu.

Dwa dni później zapytał, gdzie trzymam zapas papieru toaletowego. Po tygodniu oznajmił, że skończyły się przygotowane przeze mnie obiady.

— Możesz coś ugotować — poradziłam.

— Nie po to mam żonę, żebym jadł kanapki!

Rozłączyłam się.

Od tego dnia telefon dzwonił coraz częściej. Roman twierdził, że tęskni, że w domu jest pusto i że zrozumiał, jak wiele dla niego znaczę. Wysyłał wiadomości:

„Wróć wcześniej”.

„Nie potrafię bez ciebie funkcjonować”.

„Obiecuję, że wszystko się zmieni”.

Prawie mu uwierzyłam. Zaczęłam nawet sprawdzać wcześniejsze połączenia kolejowe.

Wtedy Roman przypadkowo wysłał mi wiadomość głosową przeznaczoną dla naszego syna.

— Piotrek, zadzwoń do matki i przemów jej do rozsądku. W domu bałagan, nie mam czystych koszul, a sąsiad już trzeci raz zaprasza mnie na obiad. Niech skończy te głupoty i wraca do swoich obowiązków.

Odsłuchałam nagranie kilka razy.

Nie tęsknił za moim głosem ani obecnością. Tęsknił za wypranymi ubraniami, pełną lodówką i kobietą, która przez czterdzieści lat usuwała mu z drogi każdą niedogodność.

Nie wróciłam wcześniej.

Po miesiącu Roman czekał na mnie na dworcu z bukietem zwiędniętych róż. W domu było brudno, w zlewie piętrzyły się naczynia, a na stole leżały rachunki.

— Nareszcie — powiedział. — Musisz doprowadzić to wszystko do porządku.

Nie zdjęłam nawet płaszcza.

— Przyjechałam porozmawiać, nie sprzątać.

Postawiłam przed nim warunki. Od tej pory dzielimy obowiązki. Dwa dni w tygodniu przeznaczam na zajęcia i spotkania. Raz w roku wyjeżdżam, nawet jeśli on nie chce jechać. Nie pozwolę też więcej wyśmiewać swoich planów.

Roman poczerwieniał.

— Czyli jakaś głupia wycieczka jest dla ciebie ważniejsza od małżeństwa?

— Nie. To małżeństwo przez całe lata było dla mnie ważniejsze ode mnie samej.

Powiedział, że jeśli wyjdę, nie mam po co wracać. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i przeniosłam się do niewielkiego mieszkania po mojej zmarłej siostrze.

Dopiero wtedy naprawdę zaczął błagać. Przynosił kwiaty, obiecywał wspólne podróże i zapewniał, że się zmieni. Nie zamknęłam przed nim drzwi na zawsze, ale odmówiłam powrotu na starych zasadach.

Zapisałam się na uniwersytet trzeciego wieku. Moja pierwsza akwarela przedstawiająca kołobrzeskie molo wisi dziś nad biurkiem. Nie jest piękna, ale za każdym razem, gdy na nią patrzę, przypominam sobie dzień, w którym przestałam pytać o pozwolenie na własne życie.

Roman sądził, że bez niego szybko wrócę do domu. Tymczasem to on odkrył, że nie potrafi żyć bez mojej pracy.

Ja odkryłam coś znacznie ważniejszego: potrafię żyć bez jego zgody.