Wszystkie stały puste. Jedno odziedziczyli po ciotce, drugie po dziadkach, a trzecie kupili jako inwestycję.

My po ślubie wynajęliśmy jeden pokój w starym domu na obrzeżach miasta.

Kuchnię i łazienkę dzieliliśmy z właścicielem oraz dwoma studentami. Zimą przez nieszczelne okno wpadał chłód, a wilgoć pokrywała ścianę za szafą. Spaliśmy na rozkładanej kanapie, bo na łóżko nie było miejsca.

Za pokój płaciliśmy prawie połowę wspólnych zarobków.

Kilka razy prosiliśmy teściów, żeby pozwolili nam zamieszkać w najmniejszej kawalerce. Nie chcieliśmy niczego za darmo. Proponowaliśmy czynsz, opłacanie rachunków i przeprowadzenie remontu na własny koszt.

— Mieszkania są zabezpieczeniem naszej starości — odpowiadała teściowa. — Jak zaczniemy je rozdawać, sami zostaniemy z niczym.

— Przecież wszystkie stoją puste — zauważył Paweł.

— To nasza sprawa. Młodzi powinni nauczyć się samodzielności.

Jednocześnie przy każdym niedzielnym obiedzie teściowa pytała, kiedy doczeka się wnuka.

— Na dziecko trzeba mieć warunki — tłumaczyłam.

— Ludzie wychowywali po pięcioro dzieci w jednej izbie i żyli — odpowiadała.

Po dwóch latach zaszłam w ciążę. Bardzo się cieszyliśmy, ale radość szybko zamieniła się w strach. Nie wyobrażałam sobie stawiania dziecięcego łóżeczka obok kuchenki elektrycznej i suszarki z praniem.

Paweł ponownie porozmawiał z rodzicami. Poprosił, żeby wynajęli nam kawalerkę chociaż na rok.

— Nie — odpowiedział jego ojciec. — Jak raz was wpuścimy, już się nie wyprowadzicie.

Kilka tygodni później straciłam ciążę.

Lekarz powiedział, że takie rzeczy się zdarzają i nie powinnam obwiniać siebie. Mimo to przez długi czas patrzyłam na pusty kąt w naszym pokoju i wyobrażałam sobie łóżeczko, którego nigdy tam nie postawiliśmy.

Teściowa skomentowała tylko:

— Może to i lepiej. Rzeczywiście nie macie odpowiednich warunków.

Po tych słowach przestałam jeździć na rodzinne obiady.

Prawdę poznałam przypadkiem.

W aptece zaczepiła mnie starsza kobieta. Rozpoznała mnie ze zdjęć, które pokazywała jej moja teściowa.

— Pani jest żoną Pawła? — zapytała. — Mieszkacie już na Lipowej?

Nie wiedziałam, o czym mówi.

— Nadal wynajmujemy pokój.

Kobieta wyraźnie się zmieszała.

— To dziwne. Wanda mówiła, że mieszkanie na Lipowej jest przygotowane dla syna.

— Nam powiedziała, że nie zamierza nikomu go udostępniać.

Sąsiadka rozejrzała się, jakby bała się, że ktoś nas słyszy.

— Może nie powinnam się wtrącać, ale kilka miesięcy temu piłyśmy razem kawę. Wanda powiedziała, że Paweł dostanie klucze, kiedy wreszcie się z panią rozstanie.

Poczułam, jak uginają się pode mną nogi.

— Dlaczego miałby się ze mną rozstać?

— Ona uważa, że wyszła pani za niego dla majątku. Powiedziała, że nie pozwoli, żeby obca kobieta zamieszkała w rodzinnym mieszkaniu. Liczyła, że jeśli będziecie długo gnieździć się w jednym pokoju, zaczniecie się kłócić i sama pani odejdzie.

Wróciłam do domu i powtórzyłam wszystko Pawłowi.

Nie chciał uwierzyć.

— Mama czasami gada głupoty, ale nie zrobiłaby nam czegoś takiego celowo.

— Możemy to sprawdzić.

Następnego dnia Paweł zadzwonił do rodziców. Powiedział, że po kolejnej awanturze spakowałam rzeczy i przeniosłam się do siostry. Dodał, że zastanawia się nad rozwodem.

Teściowie przyjechali po niespełna godzinie.

Teściowa przyniosła ciasto i butelkę wina. Teść trzymał w dłoni pęk kluczy.

Ja czekałam w małej wspólnej kuchni za zamkniętymi drzwiami. Słyszałam każde słowo.

— Wiedziałam, że długo z nią nie wytrzymasz — powiedziała Wanda. — Takie kobiety przychodzą do gotowego.

— Aneta nie przyszła do gotowego. Mieszkaliśmy tutaj razem — odpowiedział Paweł.

— Bo nie chcieliśmy pozwolić jej położyć ręki na naszym majątku. Teraz możesz od razu przenieść się na Lipową. Mieszkanie jest umeblowane, nawet pościel kupiłam.

— Od jak dawna jest gotowe?

Zapadła cisza.

— Od waszego ślubu — przyznał ojciec.

Przez trzy lata trzymali dla Pawła gotowe mieszkanie. Pozwalali nam wydawać pieniądze na wynajem, marznąć w zawilgoconym pokoju i odkładać decyzję o dziecku. Wszystko po to, żeby zmusić mnie do odejścia.

— Czyli naprawdę liczyliście, że nasze małżeństwo się rozpadnie? — zapytał Paweł.

— Ratowaliśmy cię — odpowiedziała jego matka. — Jeszcze nam podziękujesz.

Wyszłam z kuchni.

Teściowa zamarła. Wino wysunęło się jej z dłoni i upadło na podłogę. Butelka nie rozbiła się, ale ciemny płyn wylał się na stary dywan.

— To była pułapka! — krzyknęła.

— Nie — powiedziałam. — Daliśmy wam tylko okazję, żebyście powiedzieli prawdę.

Wanda spojrzała na syna.

— Albo ona, albo rodzina.

Paweł wziął od ojca klucze. Przez moment byłam pewna, że zachowa je i nakaże mi zaakceptować decyzję rodziców.

Zamiast tego położył je na stole.

— Moja żona jest moją rodziną.

Teściowa uderzyła go w twarz.

— W takim razie nie dostaniesz od nas niczego.

— Już dostałem wystarczająco dużo — odpowiedział. — Trzy lata kłamstw.

Rodzice wyszli, zapowiadając, że wykreślą Pawła z testamentu. Przez kilka miesięcy nie odbierali od niego telefonów. Gdy teściowa spotykała wspólnych znajomych, opowiadała, że nastawiłam syna przeciwko rodzinie.

Nadal mieszkaliśmy w wynajętym pokoju. Nic nie stało się nagle łatwiejsze. Musieliśmy oszczędzać, rezygnować z wyjazdów i pracować po godzinach.

Rok później kupiliśmy niewielkie dwupokojowe mieszkanie na kredyt. Nie miało marmurowych blatów ani dużego balkonu. W sypialni ledwo mieściła się szafa, ale klucze należały wyłącznie do nas.

W dniu przeprowadzki Paweł postawił w drugim pokoju małe drewniane łóżeczko. Byłam wtedy w piątym miesiącu kolejnej ciąży.

Teściowie mieli trzy puste mieszkania, lecz w żadnym nie znaleźli miejsca dla synowej. Woleli, żeby ich własny syn żył w wilgoci i biedzie, jeśli miało to doprowadzić do naszego rozstania.

Ostatecznie nie udało im się zniszczyć naszego małżeństwa. Stracili jednak syna, próbując udowodnić mu, że tylko oni wiedzą, z kim powinien dzielić życie.