Leżała na środku ciemnej płyty, przewiązana cienką srebrną wstążką. Pomyślałam, że zostawił ją ktoś z jego dawnych współpracowników.

Tydzień później pojawiła się następna.

Potem kolejna.

Bez względu na pogodę, w każdy piątek na grobie męża leżała świeża biała róża. Nigdy nie było przy niej bileciku ani podpisu.

Byliśmy małżeństwem przez czterdzieści dwa lata. Wydawało mi się, że znam wszystkich ludzi ważnych dla Stanisława. Wiedziałam, z kim pracował, komu pomagał i z kim spotykał się na działce.

Z czasem zaczęło mnie dręczyć pytanie, którego wstydziłam się nawet przed samą sobą.

Czy mój mąż miał kogoś, o kim nigdy mi nie powiedział?

Pod koniec życia często jeździł sam do miasta. Twierdził, że odwiedza lekarza albo załatwia sprawy w banku. Kilka razy wrócił z zapachem damskich perfum na kurtce. Wtedy tłumaczyłam sobie, że pewnie siedział obok jakiejś kobiety w autobusie.

Teraz każda biała róża budziła kolejne wątpliwości.

Zapytałam dzieci, czy wiedzą, kto przynosi kwiaty. Syn wzruszył ramionami, a córka powiedziała, żebym nie szukała problemów tam, gdzie być może ich nie ma.

— Tata był dobrym człowiekiem. Ludzie go lubili — stwierdziła.

Ale czy zwykła znajoma przychodziłaby na cmentarz co tydzień?

Przed Wszystkimi Świętymi postanowiłam poznać prawdę. Na cmentarz przyjechałam w piątek tuż po otwarciu bramy. Usiadłam na ławce kilka alejek dalej, skąd dobrze widziałam grób Stanisława.

Było zimno. Wilgoć przenikała przez płaszcz, a wiatr zrywał z drzew ostatnie liście. Czekałam prawie trzy godziny.

W końcu zobaczyłam kobietę.

Miała około pięćdziesięciu lat i niosła długie, białe pudełko. Rozejrzała się, podeszła do grobu męża, wyjęła pojedynczą różę i położyła ją na płycie. Tym razem obok kwiatu umieściła również kopertę.

Serce zaczęło mi walić.

— Proszę zaczekać! — zawołałam.

Kobieta odwróciła się. Wyglądała na zaskoczoną, ale nie próbowała uciekać.

— To pani przynosi te kwiaty? — zapytałam.

— Tak.

— Kim pani była dla mojego męża?

Spojrzała na mnie ze zdziwieniem, a po chwili zrozumiała, co miałam na myśli.

— Nie znałam pani męża prywatnie — odpowiedziała. — Prowadzę kwiaciarnię przy szpitalu.

Nie uwierzyłam.

— Więc dlaczego od miesięcy odwiedza pani jego grób?

Kobieta podała mi kopertę.

— Pan Stanisław sam zamówił te róże.

Poczułam, że ziemia usuwa mi się spod nóg.

Kilka tygodni przed ostatnim pobytem w szpitalu mąż odwiedził jej kwiaciarnię. Wiedział już, że leczenie może się nie udać, choć mnie zapewniał, że lekarze są dobrej myśli.

Zamówił czterdzieści dwie białe róże. Po jednej za każdy rok naszego małżeństwa. Poprosił, aby od stycznia jedna z nich trafiała na jego grób w każdy piątek.

Piątek był dniem, w którym się poznaliśmy.

— Dzisiaj przyniosłam ostatnią — powiedziała kobieta. — Prosił, żebym razem z nią zostawiła ten list.

Usiadłam na ławce i otworzyłam kopertę. Od razu rozpoznałam nierówne pismo Stanisława.

„Kochana Haniu,

jeśli czytasz ten list, znaczy, że zabrakło mi odwagi, żeby powiedzieć ci prawdę. Wiedziałem, że mogę nie wrócić ze szpitala. Bałem się twojego płaczu bardziej niż własnego końca, dlatego udawałem, że wszystko będzie dobrze.

Zamówiłem czterdzieści dwie róże. Każda jest podziękowaniem za jeden rok, który mi podarowałaś. Wiem, że często nie umiałem mówić, jak bardzo cię kocham. Myślałem, że wystarczy naprawiony kran, przyniesione zakupy albo herbata postawiona obok twojego fotela.

Nie wystarczyło.

Białe róże zawsze były twoimi ulubionymi. Zabieraj je do domu. One nie są dla mnie. Są ode mnie dla ciebie”.

Litery rozmazywały mi się przed oczami. Wszystkie podejrzenia, które nosiłam przez ostatnie miesiące, nagle zamieniły się we wstyd.

Zapytałam kobietę o zapach perfum, który czasem czułam na kurtce męża. Uśmiechnęła się smutno.

— W naszej kwiaciarni stoi mocny odświeżacz o kwiatowym zapachu. Pan Stanisław długo wybierał wstążki i za każdym razem siadał przy ladzie. Pewnie stamtąd.

Wróciłam do grobu i wzięłam ostatnią różę. Po raz pierwszy zabrałam kwiat pozostawiony na płycie. Pozostałe zawsze zostawiałam, przekonana, że należą do tajemniczej kobiety.

W domu wstawiłam różę do kryształowego wazonu. List położyłam obok naszego ślubnego zdjęcia.

Przez wiele miesięcy bałam się, że białe kwiaty są dowodem zdrady. Okazały się ostatnim sposobem Stanisława na powiedzenie mi tego, czego za życia nie potrafił wypowiedzieć.

Zamówił czterdzieści dwie róże, ale zostawił mi tylko jeden list. Wystarczył, żebym zrozumiała, że do ostatniej chwili myślał nie o swoim odejściu, lecz o mojej samotności.