Postawiłam na stole pieczeń, którą lubił, a potem wyjęłam sernik.

Przez czterdzieści jeden lat wstawał przed piątą. Ja wstawałam kwadrans wcześniej, żeby zrobić mu śniadanie.

— Teraz wreszcie odpocznę — powiedział, wyciągając nogi pod stołem. — Żadnych obowiązków. Zasłużyłem sobie.

Uśmiechnęłam się.

— To może jutro razem przejrzymy piwnicę? Sama nie dam rady przesunąć tych…

— Hanka. Pierwszy dzień emerytury, a ty już mi robotę znajdujesz?

Odłożyłam widelec.

— Nie mówię, że jutro musisz. Chciałam tylko…

— Ty masz swój dom, swoje zajęcia. Ja swoje już odpracowałem.

Siedziałam naprzeciwko niego z rękami na kolanach. Od trzech lat byłam na emeryturze. Wcześniej pracowałam w szwalni, potem sprzątałam w przychodni. Po pracy odbierałam dzieci, gotowałam, prałam. Przez ostatnie sześć lat opiekowałam się również jego matką.

Stanisław mówił wszystkim, że miał szczęście do zaradnej żony.

Tego wieczoru zaniósł talerz do zlewu.

— Koszule możesz na razie zostawić. Ale te spodnie wypierz, jutro jadę z chłopakami na ryby. I zrób nam kilka kanapek.

Popatrzyłam na jego plecy. Potem na swoje dłonie, spuchnięte w kostkach tak bardzo, że od miesięcy nie nosiłam obrączki.

— Staszku, ja też jestem zmęczona.

— Każdy jest. Nie zaczynaj znowu.

Nie zaczęłam.

Poczekałam, aż zaśnie, i wyciągnęłam z szafy małą torbę.

Rano na stole, zamiast śniadania, znalazł trzy rzeczy: klucz do mieszkania swojej matki, kartkę z numerem telefonu do jej opiekunki i białą kopertę.

Zadzwonił o szóstej dwanaście.

— Gdzie jesteś? Co to ma znaczyć?

Siedziałam już w poczekalni szpitala.

— Otwórz kopertę.

Usłyszałam szelest papieru.

— Oddział ortopedii? Jaka operacja?

Przymknęłam oczy.

— Dłoni. Mówiłam ci w marcu. I w czerwcu. W zeszłym tygodniu przypominałam, że mam termin.

— Myślałem, że to nic pilnego.

— Dlatego, że nadal robiłam ci obiad?

Milczał.

Zabieg odkładałam dwa razy. Najpierw jego matka przewróciła się w łazience. Potem Stanisław miał ważne zlecenie i nie mógł brać wolnego, żeby jej pomagać. Za każdym razem słyszałam: „Jeszcze trochę wytrzymasz”.

W końcu zaczęłam wypuszczać kubki z rąk.

— Kto cię zawiózł? — zapytał.

— Taksówkarz.

— Przecież mogłaś mnie obudzić.

— Mogłam. Chciałam jednak choć raz nie tłumaczyć, dlaczego potrzebuję pomocy.

Pielęgniarka wywołała moje nazwisko.

— Pod kartką jest rozpiska leków twojej mamy — powiedziałam. — Opiekunka przyjdzie o dziewiątej. Potem musisz do niej pojechać.

— A kiedy wracasz?

— Ze szpitala odbierze mnie siostra. Zostanę u niej na czas gojenia.

— Przecież masz dom.

— Wiem. Tylko nie mam w nim kiedy chorować.

Rozłączyłam się, zanim zdążył odpowiedzieć.

Przyjechał po południu. Usiadł obok łóżka w kurtce, jakby nie wiedział, czy wolno mu zostać. Patrzył na bandaż.

— Byłem u mamy — powiedział. — Trzeba było ją przebrać.

Czekałam.

— Nie dałem rady sam. Zadzwoniłem po opiekunkę.

— Ja też czasem nie dawałam rady.

Podniósł wzrok.

— Nigdy nie mówiłaś.

— Mówiłam, Staszku. Tylko zawsze akurat oglądałeś telewizję albo byłeś zmęczony.

Przesunął krzesło bliżej.

— Odwołałem ryby.

Nie pochwaliłam go. Siedzieliśmy w ciszy, aż przyniesiono kolację. Spróbowałam otworzyć opakowanie masła, ale folia wyślizgiwała mi się spod palców.

Stanisław wziął je ode mnie.

— Mogę?

Skinęłam głową.

Posmarował chleb, pokroił go na mniejsze kawałki i przysunął talerz. Wtedy zaczęłam płakać.

Nie przez ból ręki.

Przez to, że po tylu latach małżeństwa kanapka zrobiona dla mnie przez własnego męża była czymś tak niezwykłym.