Nie mieliśmy dzieci, choć bardzo ich pragnęłam. Po trzeciej stracie lekarz powiedział, że kolejna ciąża może zagrozić mojemu życiu. Roman przytulił mnie wtedy i zapewnił, że wystarczymy sobie nawzajem.

Wierzyłam mu aż do dnia, w którym odszedł.

Po pogrzebie przez wiele tygodni nie potrafiłam uporządkować jego rzeczy. Koszule nadal wisiały w szafie, kapcie stały obok łóżka, a na stoliku leżała niedokończona krzyżówka. Bałam się, że kiedy to wszystko schowam, naprawdę zostanę sama.

Tajemniczą kopertę znalazłam w jego biurku. Była wsunięta pod spód ostatniej szuflady. Na przodzie Roman napisał moje imię, a pod nim jedno zdanie:

„Otwórz, kiedy będziesz gotowa poznać prawdę”.

W środku znajdował się list, kilka zdjęć oraz niewielki klucz. Na pierwszej fotografii zobaczyłam młodą kobietę trzymającą chłopca za rękę. Na odwrocie widniał napis: „Marta i Kubuś, pierwsze urodziny”.

Nie znałam ich.

Zaczęłam czytać list. Już po kilku zdaniach zabrakło mi powietrza.

Roman przyznał, że dwadzieścia dziewięć lat wcześniej miał krótki romans z koleżanką z pracy. Kobieta zaszła w ciążę i urodziła córkę. Przez wszystkie te lata potajemnie wysyłał pieniądze, spotykał się z Martą i pomagał jej w ważnych momentach życia.

„Bałem się, że odejdziesz” — napisał. „Każdego roku obiecywałem sobie, że ci powiem. Potem było już tylko trudniej”.

Czytałam te słowa kilka razy. Dwadzieścia dziewięć lat wcześniej przeżywałam najtrudniejszy okres po utracie ostatniej ciąży. To właśnie wtedy Roman wracał późno do domu, tłumacząc się dodatkowymi zleceniami.

Podczas gdy ja płakałam nad pustym łóżeczkiem, on czekał na narodziny swojego dziecka z inną kobietą.

Klucz pasował do skrytki bankowej. Znalazłam w niej dokumenty, potwierdzenia przelewów i kolejne fotografie. Roman był na nich obecny podczas szkolnych uroczystości Marty, jej matury, ślubu i chrztu syna. Zawsze stał z boku, ale uśmiechał się tak, jak na naszych dawnych zdjęciach.

Na samym dnie leżała kartka z adresem.

Pojechałam tam kilka dni później. Drzwi otworzyła kobieta ze zdjęcia. Kiedy się przedstawiłam, pobladła.

— Wiedziałam, że kiedyś pani przyjdzie — wyszeptała.

Zaprosiła mnie do środka. Na komodzie stało zdjęcie Romana z małym chłopcem. Mój mąż obejmował go i patrzył w obiektyw z dumą, której nigdy wcześniej u niego nie widziałam.

— Dlaczego nigdy się ze mną nie skontaktowałaś? — zapytałam.

Marta spuściła głowę.

— Tata powiedział, że pani wie o wszystkim, ale nie chce mnie poznać. Twierdził, że zgodziła się pani na nasze spotkania pod warunkiem, że nigdy nie pojawię się w waszym domu.

W jednej chwili zrozumiałam, że Roman oszukiwał nas obie. Mnie mówił, że pracuje. Jej tłumaczył, że jestem bezduszną kobietą, która zabroniła mu uznać własną córkę.

Marta przyniosła pudełko pełne listów. W jednym z nich Roman pisał, że nie może zaprosić jej na święta, ponieważ „żona nie zniosłaby widoku cudzego dziecka”. Czytałam i czułam, jak żałoba miesza się z gniewem.

— Ja oddałabym wszystko, żeby mieć dziecko — powiedziałam. — Nigdy nie kazałabym mu ciebie ukrywać.

Marta rozpłakała się. Po raz pierwszy spojrzałyśmy na siebie nie jak rywalki, lecz jak dwie kobiety skrzywdzone przez tego samego człowieka.

Roman zapisał mi mieszkanie oraz oszczędności. W liście prosił jednak, żebym przekazała Marcie pieniądze ze skrytki. Nie musiałam tego robić. Po tym, czego się dowiedziałam, przez chwilę chciałam zatrzymać wszystko.

Ostatecznie oddałam jej pieniądze. Nie dla niego, lecz dlatego, że nie chciałam, aby jego kłamstwa zatruły także nasze życie.

Nie wybaczyłam Romanowi. Nadal tęsknię za człowiekiem, z którym jadłam śniadania, planowałam podróże i dzieliłam łóżko. Jednocześnie nie wiem, czy ten człowiek naprawdę istniał.

Zyskałam jednak Martę i jej syna. Odwiedzają mnie czasem w niedzielę. Kubuś nazywa mnie ciocią, choć ostatnio zapytał, czy mógłby mówić do mnie „babciu”.

Myślałam, że w kopercie mąż zostawił mi wyjaśnienie.

Znalazłam w niej obce dziecko, wnuka oraz całe życie, które toczyło się obok mojego.

Została mi więc nie tylko żałoba.

Zostało mi także pytanie, czy można tęsknić za kimś, kogo nigdy naprawdę się nie znało.