Początkowo lekarze mówili, że zostanę kilka dni, ale pojawiły się powikłania i pobyt wydłużył się do siedmiu tygodni. Najbardziej martwiłam się o mieszkanie oraz rachunki.
— Mamo, naprawdę nie masz innych problemów? — śmiał się mój syn, Piotr. — Zostaw mi kartę i wszystkie faktury. Wszystkim się zajmę.
Zapisałam mu kod do karty i przekazałam klucze. Co kilka dni pytałam, czy zapłacił za prąd, gaz i czynsz.
— Wszystko uregulowane — odpowiadał. — Skup się na zdrowiu.
Wierzyłam mu. Był przecież moim jedynym synem.
Ze szpitala wypisano mnie w chłodny, deszczowy dzień. Piotr obiecał, że po mnie przyjedzie, ale godzinę przed wypisem zadzwonił i powiedział, że zepsuł mu się samochód. Wróciłam taksówką. Kierowca pomógł mi wnieść torbę na drugie piętro.
Już na klatce schodowej poczułam niepokój. W mieszkaniu było cicho i lodowato. Nacisnęłam włącznik, lecz światło się nie zapaliło. Kaloryfery były zimne, a z kranu leciała tylko lodowata woda.
Pomyślałam, że to awaria. Dopiero kiedy otworzyłam lodówkę, zrozumiałam, że prądu nie było od dawna. Uderzył mnie odór zepsutego jedzenia. Mięso w zamrażarce zamieniło się w ciemną, lepką masę, a po półkach spływała brunatna woda.
Zadzwoniłam do Piotra.
— Synku, nie mam prądu ani ogrzewania.
— Pewnie coś naprawiają — odpowiedział. — Zadzwonię później, jestem zajęty.
Nie zadzwonił.
Zmarznięta usiadłam w płaszczu na kanapie. Dopiero wtedy zauważyłam stos kopert wepchniętych za szafkę w przedpokoju. Wśród nich znalazłam wezwania do zapłaty, wypowiedzenie umowy na dostawę energii i informację o zaległościach w spółdzielni.
Rachunki nie były regulowane od czterech miesięcy.
Następnego dnia pomogła mi sąsiadka. Zabrała mnie do administracji, a potem do banku. Pracownica wydrukowała historię konta. Piotr regularnie wypłacał moją emeryturę, czasem jeszcze tego samego dnia, w którym wpływała. Przez siedem tygodni zniknęło ponad dziewięć tysięcy złotych, w tym pieniądze odłożone na rehabilitację.
Nie wykonano ani jednego przelewu za mieszkanie.
Wieczorem syn wreszcie przyjechał. Miał na sobie nową kurtkę, a przed blokiem stał używany samochód, którego wcześniej nie widziałam.
Położyłam przed nim wyciągi i wezwania.
— Gdzie są moje pieniądze?
Najpierw twierdził, że musiał się pomylić. Potem powiedział, że bank źle zaksięgował przelewy. Kiedy pokazałam mu wydruk z dokładnymi datami wypłat, opadł na krzesło.
— Potrzebowałem ich na wkład do samochodu — przyznał. — Stary ciągle się psuł. Zamierzałem wszystko oddać.
— Kiedy? Po odcięciu wody? Po tym, jak wyrzucą mnie z mieszkania?
— Przesadzasz. Przecież byłaś w szpitalu. Nie potrzebowałaś wtedy prądu ani ogrzewania.
Te słowa zabolały bardziej niż oszustwo. Dla niego mieszkanie było puste, więc rachunki mogły poczekać. Nie pomyślał, że któregoś dnia wrócę osłabiona, z torbą leków, do zimnych kaloryferów i ciemnych pokoi.
— Wiedziałeś, kiedy wychodzę — powiedziałam. — Mogłeś chociaż włączyć ogrzewanie.
— Nie miałem z czego. Wszystko wydałem.
Poprosiłam, żeby oddał klucze i wyszedł. W drzwiach odwrócił się jeszcze i nazwał mnie niewdzięczną.
Przez kilka następnych dni spałam u sąsiadki. Musiałam pożyczyć pieniądze na spłatę zaległości i ponowne podłączenie energii. Odwołałam pełnomocnictwo, zastrzegłam kartę i zmieniłam zamki. Piotr oddał tylko niewielką część pieniędzy, bo sprzedaż nowego samochodu „nie wchodziła w grę”.
Najtrudniejszy był pierwszy wieczór po powrocie do ogrzanego mieszkania. Zapaliłam lampę, lecz zamiast ulgi poczułam rozpacz. Przez całe życie powtarzałam synowi, że rodzinę poznaje się w biedzie i chorobie.
Dopiero po pobycie w szpitalu zrozumiałam, że wychowałam człowieka, który potrafił okraść własną matkę, gdy ta była zbyt słaba, by sprawdzić konto.
Prąd w końcu odzyskałam.
Znacznie trudniej było mi pogodzić się z tym, że razem ze światłem zgasło moje zaufanie do jedynego dziecka.