Miałam swoje przyzwyczajenia, znajome sąsiadki i niewielki ogródek, w którym uprawiałam pomidory. Córka z rodziną żyła trzysta kilometrów dalej. Widywałyśmy się kilka razy w roku.

Pewnego dnia Marta zadzwoniła zapłakana.

— Mamo, dzieci prawie cię nie znają. Czas ucieka, a ty siedzisz tam zupełnie sama. Przeprowadź się bliżej nas.

Początkowo odmawiałam. W moim mieście znałam każdą ulicę. Miałam lekarza, przyjaciółki i grób męża, który odwiedzałam w każdą niedzielę.

Córka jednak dzwoniła codziennie. Przesyłała zdjęcia wnuków i opowiadała, jak bardzo za mną tęsknią.

— Będziemy razem jeść niedzielne obiady — zapewniała. — Pojedziemy na działkę, a dzieci będą do ciebie wpadać po szkole. Wreszcie poczujesz, że masz rodzinę blisko.

W końcu uległam.

Marta znalazła dla mnie niewielkie mieszkanie dziesięć minut spacerem od swojego domu. Było droższe od mojego, dlatego wynajęłam dotychczasowe lokum, żeby pokrywać czynsz. Spakowałam rzeczy, pożegnałam sąsiadki i zostawiłam klucze obcym ludziom.

W dniu przeprowadzki córka przyjechała z mężem. Pomogli wnieść kartony, skręcili łóżko i zawiesili zasłony. Wnuki biegały po pokojach, wołając, że teraz babcia będzie zawsze blisko.

Byłam wzruszona. Uwierzyłam, że podjęłam najlepszą decyzję.

Wieczorem, gdy rozpakowałam ostatnią walizkę, Marta wyjęła z torebki kartkę.

— Musimy ustalić kilka rzeczy — powiedziała.

Na kartce znajdował się rozpisany plan całego tygodnia.

W poniedziałki i środy miałam odbierać ośmioletniego Kubę ze szkoły. We wtorki i czwartki wozić jedenastoletnią Maję na treningi. Codziennie powinnam przygotowywać dzieciom obiad i czekać z nimi do powrotu rodziców. W piątki córka oczekiwała, że zrobię zakupy na weekend.

— Nie rozumiem — powiedziałam. — Myślałam, że dzieci będą czasem do mnie przychodzić.

— Właśnie dlatego chciałam, żebyś mieszkała blisko. Nasza opiekunka odeszła, a świetlica i dodatkowa pomoc kosztują prawie trzy tysiące miesięcznie.

Okazało się, że Marta wiedziała o odejściu opiekunki jeszcze przed pierwszą rozmową o mojej przeprowadzce. Dostała awans wymagający dłuższej pracy i wyjazdów służbowych. Razem z mężem uznali, że najtańszym rozwiązaniem będzie sprowadzenie mnie do ich miasta.

— Czyli nie tęskniliście? — zapytałam.

— Oczywiście, że tęskniliśmy. Ale przecież jesteś na emeryturze. Co masz do roboty?

Te słowa powinny były mnie otrzeźwić. Zamiast tego zaczęłam wykonywać wszystkie polecenia. Chciałam udowodnić, że córka może na mnie liczyć.

Wstawałam przed szóstą, przygotowywałam śniadania i szłam do domu Marty. Sprzątałam po dzieciach, gotowałam, prałam stroje sportowe i pomagałam w lekcjach. Zdarzało się, że wracałam do siebie po dwudziestej drugiej.

Niedzielnych obiadów nie było. Córka z zięciem wykorzystywali weekendy na wyjazdy i spotkania ze znajomymi. Czasami podrzucali mi dzieci również w sobotę.

— Przecież przeprowadziłaś się dla wnuków — przypominała Marta, gdy próbowałam zaprotestować.

Po dwóch miesiącach zaczęło boleć mnie biodro. Lekarz zalecił odpoczynek, ale córka uznała, że przesadzam. Pewnego popołudnia, schodząc po schodach z ciężkimi torbami, przewróciłam się. Trafiłam na izbę przyjęć z pękniętym nadgarstkiem.

Marta przyjechała dopiero po trzech godzinach. Zamiast zapytać, jak się czuję, usiadła obok łóżka i zaczęła nerwowo przeglądać telefon.

— I co ja teraz zrobię? Jutro mam ważne spotkanie, a nie ma kto odebrać Kuby.

Spojrzałam na nią i po raz pierwszy zobaczyłam wyraźnie, że nie martwi się o mnie. Martwiła się wyłącznie o swój grafik.

— Twoja matka leży ze złamaną ręką, a ty pytasz, kto odbierze dziecko?

— Sama chciałaś być bliżej rodziny.

— Chciałam być twoją mamą. Nie darmową pracownicą.

Następnego dnia zadzwoniłam do lokatorów mojego starego mieszkania. Umowa pozwalała mi ją zakończyć z zachowaniem okresu wypowiedzenia. Przez kilka tygodni mieszkałam jeszcze w nowym miejscu, ale przestałam sprzątać, gotować i odbierać dzieci.

Marta nie odzywała się do mnie inaczej niż przez wiadomości pełne pretensji. Twierdziła, że niszczę jej karierę i zawodzę wnuki.

Trzy miesiące później wróciłam do dawnego mieszkania. Sąsiadki przywitały mnie ciastem, a mój ogródek, choć zaniedbany, nadal istniał. Usiadłam na ławce i po raz pierwszy od przeprowadzki poczułam spokój.

Wnuki dzwonią do mnie w każdą niedzielę. Zapraszam je na wakacje i spędzam z nimi czas, ponieważ tego chcę, a nie dlatego, że ktoś wpisał mnie do grafiku.

Marta nadal powtarza, że uciekłam, kiedy najbardziej mnie potrzebowała.

Ma rację tylko w jednym.

Naprawdę mnie potrzebowała. Nie jako matki, lecz jako opiekunki, kucharki i sprzątaczki, której nie trzeba było płacić.

Dopiero gdy odeszłam, zrozumiała, że przeprowadzając mnie bliżej, wcale nie przybliżyła mnie do rodziny.