Przy trzeciej zaczęły drżeć mi ręce. Kiedy otworzyłam siódmą, wiedziałam już, że podczas naszego wesela wydarzyło się coś strasznego.
Z Pawłem pobraliśmy się po czterech latach związku. Nie urządzaliśmy wystawnej uroczystości, ale chcieliśmy zaprosić wszystkich, którzy byli dla nas ważni. Sala kosztowała fortunę, dlatego wzięliśmy niewielki kredyt. Liczyliśmy, że pieniądze z kopert pozwolą spłacić przynajmniej część zobowiązania.
Prezenty składano w białej skrzynce ustawionej obok naszego stołu. Kluczyk miała matka Pawła, pani Elżbieta. Sama zaproponowała, że będzie pilnować kopert.
— Wy macie się bawić, a ja dopilnuję, żeby nic nie zginęło — zapewniała.
Po oczepinach skrzynka została przeniesiona do zamykanego pokoju dla nowożeńców. Przynajmniej tak mi powiedziano.
Koperty otwieraliśmy następnego ranka w hotelu. Na początku żartowaliśmy i czytaliśmy życzenia. Potem trafiliśmy na pierwszą pustą. Była podpisana przez moją ciotkę, która wcześniej ściskała mnie za ręce i mówiła, że od miesięcy odkładała dla nas pieniądze.
Następne puste koperty należały do moich rodziców, chrzestnej, dziadków Pawła i jego szefa. Niektóre były delikatnie rozcięte z boku, a następnie ponownie zaklejone.
Z blisko sześćdziesięciu kopert pieniądze zostały tylko w kilkunastu. Brakowało ponad trzydziestu tysięcy złotych.
— Ktoś nas okradł — wyszeptałam.
Paweł siedział nieruchomo. Nie wyglądał jednak na zaskoczonego. Bardziej przypominał człowieka, który od dawna obawiał się tej chwili.
Chciałam natychmiast zadzwonić na policję. Mąż wyrwał mi telefon.
— Zaczekaj. Nie róbmy afery, zanim nie porozmawiamy z rodziną.
— Ktoś otwierał koperty od naszych gości! Jakiej rozmowy potrzebujesz?
Paweł stwierdził, że być może część osób wręczyła nam tylko kartki z życzeniami. Wiedziałam, że to niemożliwe. Rodzice przekazali mi pięć tysięcy złotych. Widziałam, jak ojciec wkładał banknoty do granatowej koperty.
Zadzwoniłam do mamy Pawła. Odpowiedziała dopiero wieczorem.
— Nie mam pojęcia, co się stało — oznajmiła. — Skrzynka cały czas stała w pokoju.
Poprosiłam właściciela sali o sprawdzenie nagrań z monitoringu. Paweł próbował mnie powstrzymać.
— Chcesz przesłuchiwać własną rodzinę z powodu pieniędzy?
Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że on coś ukrywa.
Nagranie z korytarza nie obejmowało wnętrza pokoju, ale dokładnie zarejestrowało osoby, które do niego wchodziły. Pół godziny przed oczepinami teściowa wyniosła skrzynkę z sali. Towarzyszył jej młodszy brat Pawła, Damian.
Spędzili w pokoju prawie czterdzieści minut. Później Damian wyszedł z czarną torbą przewieszoną przez ramię.
Kiedy pokazałam nagranie mężowi, spuścił wzrok.
— Damian miał problemy — powiedział. — Był winien pieniądze niebezpiecznym ludziom.
Przez chwilę nie rozumiałam, co do mnie mówi.
— Wiedziałeś?
Paweł przyznał, że tydzień przed ślubem matka poprosiła go o pomoc. Damian przegrał w zakładach bukmacherskich ogromną sumę. Ludzie, od których pożyczył pieniądze, grozili jemu i jego dzieciom.
— Mama powiedziała, że weźmie tylko część. Myślałem, że kilka tysięcy.
— Pozwoliłeś jej okraść nas i naszych gości?
— To mój brat. Co miałem zrobić?
— Powiedzieć mi prawdę!
Paweł złapał mnie za ramiona i próbował przekonać, że pieniądze z kopert były przecież wspólne, więc miał prawo zdecydować, na co zostaną przeznaczone.
— Ty masz mieszkanie po babci — dodał. — Poradzimy sobie. Damian nie miał innego wyjścia.
Zabolało mnie nie tylko to, że zgodził się na kradzież. Najgorsze było to, że od dawna traktował moje mieszkanie jak zabezpieczenie dla swojej rodziny.
Pojechaliśmy do teściowej. Nie zaprzeczała. Stwierdziła, że ratowała syna, a goście i tak dali nam więcej, niż potrzebowaliśmy.
— W małżeństwie trzeba dzielić się z rodziną — pouczyła mnie.
— Z rodziną można się dzielić. Rodziny się nie okrada.
Pieniędzy już nie było. Teściowa przekazała je Damianowi jeszcze w noc wesela. Część długu została spłacona, a resztę — jak później ustalono — zdążył ponownie przegrać.
Zgłosiłam sprawę na policję. Paweł stanął po stronie matki i brata. Zarzucił mi, że niszczę rodzinę z powodu „kilku banknotów”. Dwa tygodnie po ślubie wyprowadził się z mojego mieszkania.
Najtrudniej było zadzwonić do gości. Wstydziłam się, chociaż to nie ja ich okradłam. Niektórzy nie chcieli wierzyć, inni płakali ze złości. Moi rodzice zapewniali, że pieniądze nie są ważne, ale widziałam upokorzenie w oczach ojca.
Zdjęcia ślubne przyszły miesiąc później. Na jednym stoimy z Pawłem przed salą. On obejmuje mnie w pasie, a za nami jego matka niesie białą skrzynkę pełną kopert.
To miała być pamiątka najpiękniejszego dnia mojego życia. Stała się dowodem, że moje małżeństwo zaczęło się od kłamstwa.
I skończyło, zanim zdążyłam rozpakować suknię ślubną.