Wnuczka od miesięcy była smutna, gorzej się uczyła i coraz częściej odmawiała wychodzenia do szkoły.

— Lekarka powiedziała, że bez terapii będzie tylko gorzej — tłumaczyła córka. — Jedna wizyta kosztuje trzysta złotych, a powinny być przynajmniej cztery w miesiącu.

Moja emerytura wynosiła niewiele ponad trzy tysiące złotych. Marta samotnie wychowywała Zosię, a ojciec dziewczynki regularnie spóźniał się z alimentami. Nie potrafiłam odmówić.

Co miesiąc, zaraz po otrzymaniu emerytury, przelewałam córce tysiąc dwieście złotych. W tytule przelewu wpisywałam: „Terapia Zosi”.

Zaczęłam oszczędzać na wszystkim. Kupowałam tańsze jedzenie, przestałam chodzić do fryzjera i odkładałam wykupienie droższych leków na stawy. Gdy zepsuła się pralka, przez dwa miesiące prałam ręcznie, bo naprawa oznaczałaby brak pieniędzy na kolejną wizytę wnuczki.

— Mamo, dzięki tobie Zosia robi ogromne postępy — zapewniała Marta. — Pani psycholog mówi, że jeszcze kilka miesięcy i wszystko się unormuje.

Prosiłam czasem o rachunki, żebym mogła dokładnie zaplanować wydatki. Córka natychmiast się denerwowała.

— Nie ufasz mi? Mam przynosić ci paragony jak dziecko?

Wstydziłam się swoich pytań i przepraszałam. Przecież chodziło o zdrowie wnuczki.

Po dziewięciu miesiącach Marta zadzwoniła rano i poprosiła, żebym zawiozła Zosię na terapię. Podobno musiała zostać dłużej w pracy. Podała mi adres przychodni na drugim końcu miasta.

W poczekalni było tłoczno. Zosia weszła do gabinetu, a ja podeszłam do rejestracji. Wyjęłam z torebki kopertę, w której przygotowałam trzysta złotych.

— Chciałabym opłacić dzisiejszą wizytę wnuczki — powiedziałam.

Rejestratorka spojrzała na mnie ze zdziwieniem.

— Tutaj niczego się nie opłaca. Wszystkie konsultacje dla dzieci są finansowane ze środków publicznych.

Początkowo myślałam, że zaszła pomyłka.

— Zosia chodzi do państwa od dziewięciu miesięcy. Córka płaci za każdą wizytę trzysta złotych.

Kobieta sprawdziła dane w komputerze.

— Dziewczynka od początku korzysta z bezpłatnej terapii. Rodzice nie ponoszą żadnych kosztów.

Zrobiło mi się słabo. Musiałam usiąść. Przez dziewięć miesięcy przekazałam Marcie prawie jedenaście tysięcy złotych. Odmawiałam sobie jedzenia i leków, wierząc, że ratuję wnuczkę.

Kiedy Zosia wyszła z gabinetu, zauważyła, że płaczę.

— Babciu, coś cię boli?

— Kochanie, czy mama płaci za twoje spotkania z panią psycholog?

Dziewczynka spuściła wzrok.

— Mama powiedziała, żebym z tobą o tym nie rozmawiała.

W samochodzie długo milczałyśmy. W końcu Zosia przyznała, że kilka miesięcy wcześniej słyszała kłótnię matki z jej partnerem, Pawłem. Mężczyzna miał duże długi. Groził Marcie, że odejdzie, jeśli nie pomoże mu spłacić pożyczek.

— Mama mówiła, że babcia i tak ma oszczędności — wyszeptała wnuczka.

Wieczorem czekałam na córkę przy kuchennym stole. Położyłam przed nią wydruki wszystkich przelewów.

— Jak minęła terapia? — zapytała, unikając mojego wzroku.

— Była bezpłatna. Tak jak każda poprzednia.

Marta zbladła. Najpierw twierdziła, że musiałam coś źle zrozumieć. Później zaczęła krzyczeć, że pieniądze były potrzebne na dodatkowe ćwiczenia. Kiedy poprosiłam o dowody wpłat, rozpłakała się.

— Paweł wpadł w kłopoty — przyznała. — Gdybym mu nie pomogła, stracilibyśmy mieszkanie.

— To nie było jego mieszkanie, tylko twoje. I nie prosiłaś mnie o pomoc. Wykorzystałaś chorobę własnego dziecka, żeby wyłudzić ode mnie pieniądze.

— Przecież Zosia naprawdę chodziła na terapię!

— Tak. Za darmo. A ja przez ciebie wybierałam między obiadem a lekami.

Córka oskarżyła mnie o niszczenie jej związku. Powiedziała, że skoro mam pieniądze, powinnam pomagać rodzinie bez zadawania pytań. Wtedy zrozumiałam, że wcale nie żałuje kłamstwa. Żałowała jedynie, że je odkryłam.

Przestałam wysyłać przelewy. Umówiłam się z psycholożką Zosi i zadeklarowałam, że jeśli wnuczka będzie potrzebowała książek, ubrań albo dodatkowych zajęć, zapłacę bezpośrednio.

Paweł odszedł niespełna miesiąc później. Bez moich pieniędzy Marta przestała być mu potrzebna. Zostawił ją z własnymi zobowiązaniami i kolejną pożyczką.

Córka przez długi czas się do mnie nie odzywała. Zosia nadal przychodziła. Pewnego dnia przyniosła mi małą skarbonkę.

— To dla ciebie, babciu — powiedziała. — Żebyś już nigdy nie musiała wybierać między lekami a jedzeniem.

Nie wzięłam jej pieniędzy. Przytuliłam ją i po raz pierwszy od wielu miesięcy poczułam ulgę.

Nie żałuję ani jednej złotówki, którą naprawdę wydałam na wnuczkę. Boli mnie tylko to, że własna córka uczyniła z jej problemów chorobowych rachunek, którego nigdy nie było.

I jeszcze długo kazała mi za niego płacić.