Mój syn Paweł zaproponował, że przejmie opłacanie czynszu.
— Po co masz stać w kolejkach? Wszystko zrobię przez telefon — zapewniał.
Co miesiąc, zaraz po otrzymaniu emerytury, wypłacałam tysiąc złotych. Paweł przyjeżdżał po pieniądze, wkładał je do portfela i mówił, że przelew wykona jeszcze tego samego dnia.
Ufałam mu bezgranicznie. Był przecież moim jedynym synem.
Czasami przywoził mi wydruk z banku, ale nie zakładałam okularów, żeby sprawdzić szczegóły. Widziałam kwotę oraz słowo „opłata” i odkładałam kartkę do szuflady.
Przez siedem miesięcy wszystko wydawało się w porządku. Potem w skrzynce znalazłam polecony list ze spółdzielni. Wynikało z niego, że mam prawie siedem tysięcy złotych zaległości. Jeśli nie ureguluję długu, sprawa zostanie skierowana na drogę sądową.
Zadzwoniłam do Pawła.
— To jakaś pomyłka — powiedział natychmiast. — Nie chodź sama do spółdzielni. Przyjadę i wszystko wyjaśnię.
Zjawił się wieczorem i próbował zabrać list.
— Pewnie oszuści podszywają się pod administrację. Teraz często naciągają seniorów.
Nie oddałam mu koperty. Następnego ranka poprosiłam sąsiadkę, żeby pojechała ze mną do spółdzielni.
Księgowa sprawdziła moje konto.
— Ostatnia wpłata wpłynęła osiem miesięcy temu — wyjaśniła. — Od tamtej pory nie otrzymaliśmy ani złotówki.
Zrobiło mi się słabo. Pokazałam jej wydruki, które przynosił syn. Kobieta przyjrzała im się uważnie.
— Te przelewy nie były kierowane na konto spółdzielni. Numer rachunku jest zupełnie inny.
Na każdym potwierdzeniu widniał tytuł „czynsz”, lecz odbiorcą był Paweł. Syn przelewał pieniądze samemu sobie.
Pojechałam do jego mieszkania. Otworzyła mi synowa, Joanna. Gdy powiedziałam o długu, zbladła.
— Paweł twierdził, że to pani co miesiąc pożycza pieniądze od niego — wyszeptała.
Usiadłyśmy przy stole i otworzyłyśmy historię ich wspólnego konta. Wpłaty od mnie pojawiały się regularnie. Tego samego dnia prawie identyczne kwoty trafiały do firm bukmacherskich oraz serwisów z grami internetowymi.
W ciągu roku Paweł przegrał ponad trzydzieści tysięcy złotych. Zaciągnął również dwie pożyczki, o których żona nie miała pojęcia.
Kiedy wrócił, próbował zaprzeczać. Potem zaczął krzyczeć, że nie miałyśmy prawa sprawdzać jego konta. W końcu usiadł na podłodze i rozpłakał się.
— Chciałem tylko odzyskać to, co wcześniej przegrałem — powiedział. — Byłem pewien, że w następnym miesiącu wszystko oddam.
— Przez osiem miesięcy patrzyłeś mi w oczy i zabierałeś pieniądze przeznaczone na dach nad głową.
— Mamo, to choroba.
— Choroba może tłumaczyć, dlaczego zacząłeś grać. Nie tłumaczy, dlaczego podrabiałeś potwierdzenia i pozwoliłeś, żebym straciła mieszkanie.
Spółdzielnia zgodziła się rozłożyć zaległość na raty. Musiałam wykorzystać oszczędności przeznaczone na leczenie zębów. Joanna dołożyła część pieniędzy, choć to nie ona mnie oszukała.
Paweł podpisał zobowiązanie do zwrotu całej kwoty i rozpoczął terapię. Odebrałam mu dostęp do swojego konta, zmieniłam hasła i ustanowiłam stałe zlecenie bezpośrednio na rachunek spółdzielni.
Przez kilka miesięcy nie pozwalałam mu zajmować się żadnymi moimi finansami. Widywaliśmy się, ale nie dawałam mu pieniędzy, niezależnie od tego, jak trudną historię opowiadał.
Najbardziej nie bolała mnie utrata siedmiu tysięcy. Pieniądze można stopniowo odzyskać.
Nie potrafiłam zapomnieć, że każdego miesiąca syn pytał, czy wystarcza mi na jedzenie, a chwilę później zabierał pieniądze, od których zależało, czy nadal będę miała gdzie mieszkać.
Zaległy czynsz spłaciłam w ciągu roku. Zaufania do własnego dziecka nie udało mi się rozłożyć na raty.