Nie złożył mi życzeń na urodziny, nie przyjechał na święta, nie zapytał nawet, jak poradziłam sobie po operacji biodra.

Wszystko zaczęło się od mieszkania. Po odejściu męża syn zaproponował, żebym przepisała je na niego.

— Będziesz miała zapewnioną opiekę, a ja przynajmniej nie będę się martwił, że ktoś cię oszuka — przekonywał.

Odmówiłam. Nie chciałam oddawać jedynego zabezpieczenia, jakie posiadałam. Marek nazwał mnie egoistką i wyszedł, trzaskając drzwiami. Od tamtej pory milczał.

Dlatego gdy pewnego wieczoru zobaczyłam na ekranie jego imię, ręce zaczęły mi drżeć.

— Mamo, urodziła nam się córka — powiedział. — Za dwa tygodnie są chrzciny. Chcemy, żebyś przyjechała.

Rozpłakałam się ze szczęścia. Uznałam, że maleńka Zosia pojednała naszą rodzinę. Za ostatnie oszczędności kupiłam wnuczce złoty medalik. Zamówiłam też tort, ponieważ Marek wspomniał, że po remoncie domu mają problemy finansowe.

W dniu uroczystości przyjechałam pod kościół godzinę wcześniej. Padał chłodny, jesienny deszcz. Stałam pod parasolem z pudełkiem przewiązanym różową wstążką, gdy zobaczyłam syna.

Nie przytulił mnie. Nie zapytał, jak się czuję. Rozejrzał się tylko nerwowo, a potem wyciągnął z kieszeni złożone kartki i długopis.

— Podpisz tutaj. Musimy załatwić to przed ceremonią.

— Co to jest?

— Zwykłe rodzinne oświadczenie. Prawnik powiedział, że tak będzie bezpieczniej.

Chciałam przeczytać dokument, ale Marek zasłonił tekst dłonią.

— Mamo, nie zaczynaj. Goście zaraz przyjadą. Podpisz i wejdziemy do środka.

Wtedy z kościoła wyszedł ksiądz, którego znałam jeszcze z czasów, gdy mieszkał w naszej parafii.

— Pani Halino, jak dobrze panią widzieć! — zawołał. — Wszystko w porządku?

Podniosłam kartki.

— Syn prosi mnie o podpis. Może ksiądz pomoże mi zrozumieć, o co chodzi?

Marek wyrwał mi dokument.

— Księdzu nic do tego! To prywatna sprawa!

Powiedział to tak ostro, że stojąca przy wejściu kościelna odwróciła głowę. Wtedy zrozumiałam, że zaproszenie nie było gestem pojednania. Chrzciny miały jedynie stworzyć sytuację, w której bałabym się zrobić awanturę.

Zażądałam dokumentu. Tym razem przeczytałam wszystko.

Było to oświadczenie o uznaniu długu. Wynikało z niego, że Marek przez kilka lat miał płacić za moje leczenie, zakupy i remont mieszkania. Rzekomy dług wynosił sto czterdzieści tysięcy złotych. Jeśli nie oddałabym pieniędzy w ciągu trzech miesięcy, miałam przekazać synowi mieszkanie.

Każde zdanie było kłamstwem.

To ja pożyczyłam Markowi dwadzieścia tysięcy na działalność. To ja zapłaciłam za wózek i łóżeczko dla Zosi. Syn nie kupił mi nawet bochenka chleba.

— Chciałeś, żebym podpisała to bez czytania? — zapytałam.

— Mieszkanie i tak kiedyś będzie moje — odpowiedział cicho. — Po co robić problemy? Podpiszesz, a wszystko między nami się ułoży.

— Czyli nie zaprosiłeś matki. Zaprosiłeś właścicielkę mieszkania.

W tej chwili podeszła do nas synowa z dzieckiem na rękach. Nie wyglądała na zaskoczoną. Musiała znać cały plan.

— Proszę nie psuć Zosi uroczystości — powiedziała. — Marek chce tylko zabezpieczyć przyszłość córki.

Spojrzałam na maleńką wnuczkę. Spała spokojnie, nieświadoma tego, że dorośli wykorzystali jej chrzest jako przynętę.

Weszłam do kościoła. Zostałam podczas całej ceremonii, ponieważ dziecko nie było winne postępowaniu swoich rodziców. Położyłam medalik obok białej szatki, pocałowałam Zosię w czoło i odmówiłam wyjazdu na rodzinny obiad.

Następnego dnia pokazałam dokument prawnikowi. Poradził mi zmienić zamki, zastrzec dowód oraz odwołać wszystkie upoważnienia, których kiedyś udzieliłam synowi. Zrobiłam to natychmiast.

Marek zadzwonił dopiero po tygodniu.

— Naprawdę przez kilka kartek chcesz stracić rodzinę?

— Nie straciłam jej przez kartki — odpowiedziałam. — Straciłam ją w chwili, gdy własny syn postanowił wykorzystać niemowlę, żeby odebrać matce dom.

Odłożyłam słuchawkę, zanim zdążył odpowiedzieć.

Przez cztery lata czekałam, aż syn znów nazwie mnie mamą. Kiedy wreszcie się odezwał, zrozumiałam, że nie tęsknił za mną ani przez chwilę.

Tęsknił wyłącznie za moim mieszkaniem.