Mój syn nie zadzwonił do mnie od czterech lat. Nie przysłał nawet życzeń na święta ani na urodziny.
Pokłóciliśmy się, gdy odmówiłam sprzedania mieszkania i przekazania mu pieniędzy na firmę. Lokal należał wcześniej do moich rodziców, a ja spędziłam w nim niemal całe życie. Paweł uznał wtedy, że bardziej zależy mi na czterech ścianach niż na własnym dziecku.
— Mamo, może już wystarczy tego milczenia — powiedział teraz. — Przyjedź w niedzielę na obiad. Dzieci często o ciebie pytają.
Rozpłakałam się po zakończeniu rozmowy. Jeszcze tego samego dnia kupiłam wnukom prezenty. Dla Pawła i jego żony upiekłam sernik, który zawsze lubili. Przez kilka dni zastanawiałam się, jak przeprosić, choć sama nie wiedziałam, za co powinnam przepraszać.
W niedzielę od rana padał deszcz. Szłam od przystanku ostrożnie, omijając kałuże i mokre liście. Kiedy Paweł otworzył drzwi, przytuliłam go pierwsza. Stał nieruchomo, jakby nie wiedział, co zrobić z rękami.
Wnuki urosły tak bardzo, że ledwo je poznałam. Trzynastoletnia Zosia pamiętała mnie, ale młodszy Kuba patrzył jak na obcą kobietę.
Przy stole początkowo było niezręcznie. Synowa opowiadała o remoncie, Paweł o problemach w firmie. Ja słuchałam i cieszyłam się samą ich obecnością.
Dopiero gdy pojawił się sernik, syn odsunął talerzyk i położył przede mną granatową teczkę.
— Mamo, gdzie przechowujesz akt własności mieszkania?
Poczułam, jak ściska mnie w żołądku.
— Dlaczego pytasz?
— Chcemy uporządkować sprawy. Masz już swoje lata, mieszkasz sama, a budynek nie ma windy. Znaleźliśmy dla ciebie wygodną kawalerkę niedaleko nas.
Otworzył teczkę. W środku znajdowały się zdjęcia małego mieszkania na obrzeżach miasta, wycena mojego lokalu oraz wizytówka pośrednika.
— Wyceniliście moje mieszkanie bez mojej wiedzy?
— Nie przesadzaj. To tylko przygotowania. Sprzedamy je, kupimy kawalerkę, a resztą spłacimy moje zobowiązania. Później wszystko ci oddam.
Zrozumiałam, że rodzinny obiad nie był próbą pojednania. Potrzebowali mojego podpisu.
— A jeśli się nie zgodzę?
Twarz Pawła stwardniała.
— Wtedy nie wiem, po co tu przyszłaś. Myślałem, że wreszcie zachowasz się jak matka.
Wstałam od stołu. Zosia pobiegła za mną do przedpokoju.
— Babciu, nie odchodź — wyszeptała. — Tata mówił, że jak sprzedasz mieszkanie, znowu będziemy rodziną.
Te słowa zabolały najmocniej. Nawet dzieciom wmówiono, że nasza rodzina zależy od ceny mojego domu.
Paweł zatrzymał mnie przy drzwiach.
— Przecież i tak kiedyś wszystko będzie moje.
— Właśnie dlatego tak ci się spieszy?
Nie odpowiedział.
Nazajutrz poszłam do notariusza. Sporządziłam testament, ale Paweł nie został jedynym spadkobiercą. Mieszkanie zapisałam wnukom, z zastrzeżeniem, że będą mogły nim rozporządzać dopiero po ukończeniu dwudziestu pięciu lat. Zmieniłam też zamki, ponieważ przypomniałam sobie, że syn nadal może mieć stary komplet kluczy.
Od tamtego obiadu minęło kilka miesięcy. Paweł nie zadzwonił ani razu. Zosia czasem pisze do mnie potajemnie. Pyta, czy może przyjechać, i zapewnia, że tęskni.
Dziś już wiem, że czteroletnią ciszę przerwała nie miłość, lecz długi mojego syna. Nie brakowało mu matki.
Brakowało mu tylko jej mieszkania.