Prognozy zapowiadały chłód i deszcz, a ja wolałem pojechać z kolegą na ryby.

— Jeszcze będziemy siedzieć razem w samochodzie, razem jeść i razem chodzić na spacery — narzekałem. — W domu widujemy się wystarczająco długo.

Anna udawała, że nie słyszy. Wyjęła z szafy elegancką sukienkę, nowe buty i jasny płaszcz. Do walizki włożyła nawet kostium kąpielowy, bo hotel miał basen.

— Stroisz się, jakbyśmy lecieli na all inclusive — zaśmiałem się. — To tylko Mazury i to po sezonie.

Spojrzała na mnie w lustrze.

— Dawno nigdzie razem nie byliśmy. Chciałam ładnie wyglądać.

— Dla kaczek na jeziorze?

Nie odpowiedziała.

Do hotelu dotarliśmy późnym popołudniem. Nad wodą wisiała gęsta mgła, pomost był mokry od deszczu, a wiatr zrywał z drzew żółte liście. Większość letnich barów była już zamknięta. Na promenadzie spotkaliśmy tylko kilku turystów w ciepłych kurtkach.

Anna zachwycała się ciszą.

— Zobacz, jak pięknie. Pójdziemy później nad jezioro?

— Samochód prowadziłem kilka godzin. Chcę odpocząć.

W pokoju położyłem się z telefonem. Anna sama wyszła na spacer. Wróciła z mokrymi włosami i bukietem wrzosów kupionym od starszej kobiety przy rynku.

— Mogłeś iść ze mną — powiedziała. — Było naprawdę cudownie.

— Przecież wróciłaś cała przemoczona. Rzeczywiście, wspaniale.

Wieczorem włożyła granatową sukienkę i perłowe kolczyki. Stałem przy oknie w swetrze i patrzyłem na pustą przystań.

— Naprawdę zamierzasz tak zejść na kolację?

— A co jest nie tak?

— Nic. Tylko wyglądasz, jakbyś chciała komuś zaimponować.

Jej twarz nagle posmutniała.

— Chciałam zaimponować tobie.

— Po tylu latach małżeństwa nie musisz już urządzać przedstawienia.

W restauracji Anna próbowała rozmawiać. Wspominała nasz pierwszy wspólny wyjazd, dzieci i plany, które kiedyś mieliśmy. Odpowiadałem półsłówkami, przeglądając wiadomości.

W końcu odłożyła widelec.

— Pamiętasz, dlaczego wybrałam właśnie ten weekend?

Wzruszyłem ramionami.

— Bo było taniej?

— To rocznica dnia, w którym się poznaliśmy.

Zapomniałem.

Zamiast przeprosić, zacząłem się bronić.

— Nie można pamiętać o każdej okazji.

— Ty nie pamiętasz już o żadnej.

— Przestań dramatyzować. Przyjechałem tu, chociaż wcale nie chciałem. Powinnaś być zadowolona.

— Od początku pokazujesz mi, że ci przeszkadzam.

— Bo przeszkadzasz! — odpowiedziałem zbyt głośno. — Chciałem odpocząć, a ty ciągle coś planujesz, pytasz i przebierasz się jak nastolatka.

Goście przy sąsiednich stolikach spojrzeli w naszą stronę. Anna wstała.

— W takim razie odpocznij ode mnie.

Wyszła z restauracji. Nie pobiegłem za nią. Zamówiłem piwo i uznałem, że za godzinę wróci, jak zawsze.

Po pewnym czasie usłyszałem muzykę dochodzącą z hotelowej oranżerii. Organizowano tam wieczorek taneczny dla gości. Zajrzałem z ciekawości.

Anna siedziała przy stoliku z grupą obcych ludzi. Śmiała się z czegoś, co powiedziała kobieta w zielonym szalu. Chwilę później starszy, elegancki mężczyzna poprosił ją do tańca.

Zgodziła się.

Patrzyłem, jak porusza się po parkiecie. Wyprostowana, spokojna i piękna. Nie widziałem jej takiej od lat. Przy mnie stale przepraszała, ściszała głos i pytała, czy czegoś potrzebuję. Tam nie musiała nikogo obsługiwać.

Podszedłem, gdy skończyli tańczyć.

— Dobrze się bawisz?

— Tak.

— Nie sądzisz, że to trochę niestosowne?

Mężczyzna spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

— To pańska żona? Ma pan ogromne szczęście.

Chciałem odpowiedzieć, ale Anna mnie uprzedziła.

— On od dawna uważa inaczej.

Wróciliśmy do pokoju osobno. Za oknem deszcz uderzał o szyby, a wiatr przesuwał po parkingu mokre liście. Jej walizka stała zamknięta przy drzwiach.

— Wyjeżdżasz? — zapytałem.

— Rano. Zamówiłam pociąg.

— Przecież mieliśmy zostać kilka dni.

— Ten wyjazd miał być moją ostatnią próbą. Myślałam, że kiedy zostaniemy sami, przypomnisz sobie, dlaczego kiedyś chciałeś spędzać ze mną każdą chwilę.

— Robisz awanturę o jeden nieudany wieczór.

— Nie. Odchodzę po latach bycia kobietą, której obecność ledwo tolerujesz.

Następnego ranka obudził mnie odgłos zamykanych drzwi. Nad jeziorem unosiła się mgła, a pusty pomost przykrywały mokre liście. Jej płaszcz zniknął z wieszaka. Na stoliku leżały tylko wrzosy.

Wróciłem do domu sam. Anna zabrała część ubrań i zamieszkała u siostry. Nie krzyczała, nie błagała i nie prosiła mnie o zmianę. Po raz pierwszy przestała walczyć o nasze małżeństwo.

Dopiero wtedy zauważyłem, ile rzeczy robiła bez słowa. W lodówce nie było obiadu, pranie leżało w koszu, a w mieszkaniu panowała cisza, której wcześniej tak pragnąłem.

Myślałem, że na Mazurach przeszkadzała mi jej obecność. Po powrocie zrozumiałem, jak przeraźliwie głośna potrafi być nieobecność kobiety, którą przez lata brałem za pewnik.