Od odejścia męża dobrze radziłam sobie sama. Miałam niewielkie, dwupokojowe mieszkanie, sąsiadki i własne przyzwyczajenia.
Córka jednak nie ustępowała.
— Mamo, dzieci prawie cię nie widują. Poza tym wracam do pracy, a przedszkole jest czynne tylko do siedemnastej. Będziemy sobie wzajemnie pomagać.
Obiecała, że dostanę osobny pokój i nadal będę mogła jeździć do swojego mieszkania, kiedy tylko zechcę.
— Nie chcę być ciężarem — powiedziałam.
— Jakim ciężarem? Jesteś rodziną.
Te słowa mnie przekonały.
Spakowałam ubrania, lekarstwa i kilka zdjęć. Większość rzeczy została w moim mieszkaniu. Paulinie dałam zapasowe klucze, żeby mogła sprawdzać pocztę, podlewać kwiaty i reagować, gdyby pękła rura.
Pierwsze tygodnie wydawały się spokojne. Odbierałam sześcioletnią Hanię z przedszkola i dziesięcioletniego Kubę ze szkoły. Gotowałam obiady, pomagałam w lekcjach, robiłam pranie i czekałam z kolacją, aż córka wróci z pracy.
Szybko okazało się, że Paulina wraca coraz później.
— Skoro jesteś z dziećmi, mogę trochę odetchnąć — mówiła.
Zaczęła chodzić na siłownię, spotykać się ze znajomymi i wyjeżdżać z mężem na weekendy. Ja wstawałam o szóstej, przygotowywałam śniadania i zasypiałam dopiero wtedy, gdy dzieci przestawały wołać.
Po dwóch miesiącach Paulina przeniosła do mojego pokoju suszarkę, deskę do prasowania i pudła z ubraniami.
— To tylko na chwilę — zapewniła. — Przecież zajmują mało miejsca.
W końcu spałam w czymś, co bardziej przypominało składzik niż obiecany pokój. Mimo to milczałam. Wmawiałam sobie, że jestem potrzebna wnukom.
Pewnego wieczoru Kuba poprosił mnie o wydrukowanie pracy domowej. Laptop Pauliny leżał otwarty na stole. Chciałam wejść na pocztę wnuka, lecz na ekranie zobaczyłam stronę z ogłoszeniami.
Na pierwszym zdjęciu rozpoznałam własny salon.
Przeczytałam tytuł kilka razy:
„Przytulne mieszkanie dwupokojowe do wynajęcia. Wolne od zaraz”.
W ogłoszeniu znajdowały się zdjęcia mojej sypialni, kuchni i łazienki. Ktoś fotografował nawet wnętrze szaf. Paulina napisała, że lokal jest przeznaczony do długoterminowego najmu, ponieważ właścicielka „na stałe wyprowadziła się do rodziny”.
Zajrzałam do zapisanych wiadomości. Córka od dwóch tygodni rozmawiała z młodym małżeństwem. Uzgodniła czynsz w wysokości trzech tysięcy złotych i przyjęła tysiąc złotych zaliczki na swoje konto.
Na pulpicie znajdował się również projekt umowy. W miejscu przeznaczonym na podpis właściciela widniało moje imię i nazwisko.
Paulina zamierzała podpisać się za mnie.
Czekałam na nią w kuchni. Wróciła po dwudziestej drugiej, roześmiana i obładowana torbami z zakupami.
— Co się stało? — zapytała. — Dzieci już śpią?
Odwróciłam ekran laptopa w jej stronę.
— Od kiedy wynajmujesz moje mieszkanie?
Uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy.
— Chciałam ci powiedzieć.
— Kiedy? Po wprowadzeniu się obcych ludzi?
— Mieszkanie stoi puste. To bez sensu płacić czynsz i rachunki, skoro możesz mieszkać z nami.
— Przyjęłaś zaliczkę.
— Potrzebujemy pieniędzy na ratę kredytu. Tobie niczego nie brakuje. Masz tutaj dach nad głową i jedzenie.
— A co z moją zgodą?
Córka westchnęła, jakbym była wyjątkowo upartym dzieckiem.
— Mamo, mieszkanie i tak kiedyś będzie moje. Nie rozumiem, dlaczego robisz problem.
Wtedy do kuchni wszedł jej mąż.
— Jeśli pani mieszka u nas, powinna się pani dokładać — powiedział. — Opieka nad dziećmi to jedno, ale prąd, woda i jedzenie kosztują.
Patrzyłam na niego osłupiała.
— Codziennie gotuję, sprzątam i zajmuję się waszymi dziećmi po kilkanaście godzin.
— Nikt pani nie zmuszał — odpowiedział.
Te same słowa, którymi Paulina przekonywała mnie do przeprowadzki, nagle zabrzmiały zupełnie inaczej. Nie zaprosiła mnie, żebym nie była samotna. Potrzebowała opiekunki, gospodyni i dodatkowego źródła dochodu.
Następnego ranka pojechałam do swojego mieszkania. Na klatce schodowej zastałam Paulinę, pośredniczkę oraz młodą parę oglądającą drzwi.
— Mama miała być z dziećmi — syknęła córka.
— A córka miała tylko podlewać moje kwiaty.
Wyjaśniłam zainteresowanym, że mieszkanie nie jest przeznaczone do wynajęcia, a Paulina nie ma prawa zawierać żadnej umowy. Byli zszokowani. Zażądali natychmiastowego zwrotu zaliczki.
Jeszcze tego samego dnia wymieniłam zamki. Po rzeczy pojechałam z sąsiadką. Córka nie próbowała mnie zatrzymać. Zapytała tylko:
— Kto jutro odbierze dzieci?
— Ich rodzice.
Paulina przez kilka tygodni nie pozwalała mi rozmawiać z wnukami. Rodzinie opowiadała, że porzuciłam ją w najtrudniejszym momencie. Nie wspomniała, że próbowała wynająć cudzą nieruchomość i podrobić mój podpis.
Dzisiaj nadal spotykam się z Hanią i Kubą, ale w ustalonych terminach. Jestem ich babcią, nie całodobową opiekunką. Paulina musiała zmienić godziny pracy, a jej mąż po raz pierwszy nauczył się odbierać własne dzieci ze szkoły.
Wróciłam do swojego mieszkania, choć przez kilka tygodni czułam się w nim nieswojo. Każda otwarta szafa przypominała mi, że córka fotografowała moje życie, przygotowując je dla obcych ludzi.
Zaprosiła mnie pod swój dach, mówiąc, że jestem rodziną. Dopiero ogłoszenie w jej komputerze pokazało mi, że w rzeczywistości widziała we mnie bezpłatną opiekunkę, a w moim domu — trzy tysiące złotych miesięcznie.