Nie było tam wtedy niczego poza wysoką trawą i starą studnią. Własnymi rękami postawiliśmy niewielką altanę, posadziliśmy jabłonie i wyznaczyliśmy grządki.
Po odejściu męża właśnie tam czułam się najbliżej niego. Na ławce pod czereśnią nadal widniały wyryte przez nas inicjały. Każde drzewo i każdy kamień przypominały mi o wspólnym życiu.
Miałam siedemdziesiąt sześć lat, kiedy moja wnuczka Klaudia zaczęła odwiedzać mnie niemal codziennie. Wcześniej widywałam ją głównie podczas świąt. Nagle zaczęła przywozić zakupy, pomagać w sprzątaniu i wozić mnie do lekarza.
— Babciu, nie możesz być ciągle sama — powtarzała. — Jesteś dla mnie najważniejsza.
Byłam wzruszona. Moja córka mieszkała za granicą, a po odejściu męża samotność coraz bardziej mi dokuczała. Klaudia piła ze mną herbatę, słuchała opowieści o dziadku i przeglądała rodzinne fotografie.
Pewnego dnia pojechałyśmy razem na działkę.
— Zbudowałabym tutaj mały dom — powiedziała. — Ty miałabyś swój pokój i mogłabyś spędzać z nami całe lato. Działka zostałaby w rodzinie.
Klaudia niedawno zaręczyła się z Kamilem. Twierdziła, że nie stać ich na zakup ziemi, a bardzo chcieliby rozpocząć wspólne życie.
— Przepisz ją na mnie — poprosiła. — Obiecuję, że nigdy jej nie sprzedam. Będziemy dbać o wszystko tak jak ty i dziadek.
Nie chciałam, żeby po moim odejściu rodzina kłóciła się o ziemię. Zgodziłam się. Notariusz zaproponował jednak, żeby w dokumentach zagwarantować mi prawo do korzystania z działki do końca życia.
Klaudia przez chwilę wyglądała na niezadowoloną, ale szybko się uśmiechnęła.
— Oczywiście. Przecież nic się dla ciebie nie zmieni.
Po podpisaniu aktu zabrała mnie do restauracji. Wręczyła mi kwiaty i powiedziała, że jestem najlepszą babcią na świecie.
Następnego dnia nie przyszła. Nie pojawiła się również dzień później. Tłumaczyła, że ma dużo pracy. Po tygodniu przestała odbierać telefon.
Mijały kolejne tygodnie. Wiadomości pozostawały bez odpowiedzi. Kiedy zadzwoniłam z obcego numeru, Klaudia odebrała natychmiast. Usłyszawszy mój głos, powiedziała, że jest zajęta, i się rozłączyła.
Dwa miesiące później pojechałam na działkę sama. Przy bramie wisiała nowa kłódka. Za ogrodzeniem zobaczyłam stos połamanych desek. Ktoś rozebrał altanę zbudowaną przez mojego męża. Zniknęła również ławka z naszymi inicjałami, a dwie stare jabłonie zostały ścięte.
Na płocie wisiała tablica: „Działka na sprzedaż”.
Zaczęłam walić pięściami w bramę, choć wiedziałam, że nikogo tam nie ma. Płakałam nie z powodu wartości ziemi. Czułam, jakby ktoś zniszczył ostatnią część mojego małżeństwa.
Wieczorem Klaudia wreszcie oddzwoniła.
— Po co zmieniłaś kłódkę? — zapytałam. — Obiecałaś, że działka zostanie w rodzinie.
— Plany się zmieniły — odpowiedziała chłodno. — Z Kamilem chcemy kupić mieszkanie. Ta ziemia jest warta prawie trzysta tysięcy. Bez sensu, żeby stała pusta.
— To nie była pusta ziemia. Tam było całe moje życie.
— Babciu, nie przesadzaj. Masz swoje lata. Ile razy jeszcze chciałaś tam jeździć?
Po tych słowach się rozłączyła.
Trzy tygodnie później wnuczka niespodziewanie pojawiła się pod moimi drzwiami. Przyniosła ciasto i bukiet róż. Zachowywała się tak, jakby nic się nie wydarzyło.
Szybko zrozumiałam powód wizyty. Potencjalny kupiec dowiedział się, że mam zagwarantowane prawo do korzystania z działki. Klaudia potrzebowała mojego podpisu, żeby usunąć ten zapis.
— To tylko formalność — przekonywała. — Dostaniesz ode mnie kilka tysięcy. Będziesz mogła kupić sobie coś ładnego.
Patrzyłam na dziewczynę, którą od dziecka zabierałam na wakacje, kupowałam jej ubrania i pomagałam w nauce. Nagle zrozumiałam, że codzienne wizyty, zakupy i czułe słowa były częścią dobrze przygotowanego planu.
— Gdy potrzebowałaś działki, byłam dla ciebie najważniejsza — powiedziałam. — Kiedy ją dostałaś, przestałaś odbierać telefon. Teraz znowu sobie o mnie przypomniałaś, bo potrzebujesz podpisu.
Klaudia przestała się uśmiechać.
— Działka i tak jest już moja.
— W takim razie sprzedaj ją bez mojego podpisu.
Wyrzuciła kwiaty na stół i wybiegła, trzaskając drzwiami.
Następnego dnia spotkałam się z prawnikiem. Pokazałam mu wiadomości, zdjęcia zniszczonej altany oraz dokumenty. Rozpoczęłam działania zmierzające do odwołania darowizny z powodu rażącej niewdzięczności.
Kiedy Klaudia otrzymała pismo, przyjechała z rodzicami. Płakała i twierdziła, że wszystko źle zrozumiałam. Nie przepraszała jednak za to, że mnie wykorzystała. Bała się jedynie utraty ziemi.
Sprawa trwała kilka miesięcy. Ostatecznie, obawiając się procesu i braku możliwości sprzedaży, wnuczka zgodziła się przenieść działkę z powrotem na mnie.
Odzyskałam ziemię, ale nie odzyskałam altany, drzew ani zaufania do Klaudii. Posadziłam nową jabłoń w miejscu, gdzie stała ławka mojego męża.
Wnuczka nadal nie dzwoni. Teraz przynajmniej wiem dlaczego. Nie tęskniła za babcią. Tęskniła za działką, którą mogła dostać tylko wtedy, gdy udawała, że mnie kocha.