Jej ojciec założył nową rodzinę i szybko zapomniał, że ma córkę. Alimenty przychodziły nieregularnie, więc pracowałam na dwa etaty. Rano sprzątałam biura, a po południu siedziałam na kasie w sklepie.

Nigdy nie chciałam, żeby Marta czuła się gorsza od koleżanek. Gdy zapragnęła lekcji tańca, brałam dodatkowe zmiany. Kiedy potrzebowała nowego telefonu, przez kilka miesięcy nie kupowałam leków na bolące stawy. Na jej osiemnaste urodziny urządziłam przyjęcie, choć później przez pół roku spłacałam pożyczkę.

— Kiedy dorosnę, będziesz żyła jak królowa — obiecywała. — Oddam ci wszystko.

Nie oczekiwałam pieniędzy. Chciałam tylko, żeby o mnie pamiętała.

Po studiach Marta dostała ofertę pracy w Niemczech. Miała wyjechać na rok, zdobyć doświadczenie i wrócić. Pomogłam jej spakować walizki, a na dworcu wsunęłam do kieszeni ostatnie trzysta złotych.

— Tobie bardziej się przydadzą — powiedziałam.

Przez pierwsze miesiące dzwoniła codziennie. Opowiadała o mieszkaniu, pracy i nowych znajomych. Później rozmowy stały się rzadsze. Najpierw telefonowała raz w tygodniu, później raz w miesiącu. W końcu zaczęła odpowiadać na moje wiadomości pojedynczym serduszkiem.

Tłumaczyłam ją przed wszystkimi.

— Dużo pracuje. Buduje sobie życie.

W rzeczywistości widziałam w internecie, że miała czas na wycieczki, restauracje i spotkania. Nie miała go tylko dla mnie.

Na pierwsze święta nie przyjechała, bo nie dostała urlopu. Drugie spędziła z rodziną swojego chłopaka. Przed trzecimi napisała, że bilety są za drogie.

Przygotowałam jednak jej ulubione pierogi i dodatkowe nakrycie. Do ostatniej chwili łudziłam się, że zrobi mi niespodziankę. Gdy wybiła północ, siedziałam sama przy stole i patrzyłam na pusty talerz.

Najgorsze wydarzyło się kilka miesięcy później. Poślizgnęłam się na schodach i złamałam nogę. W szpitalu poprosiłam pielęgniarkę o telefon. Zadzwoniłam do Marty.

— Mamo, jestem w pracy — powiedziała zniecierpliwiona. — Nie możesz poprosić sąsiadki?

— Lekarz mówi, że przez kilka tygodni nie będę mogła sama chodzić.

— Przyślę ci pieniądze na opiekunkę. Nie mogę rzucić wszystkiego i przyjechać.

Przelała mi pięćset złotych. Tyle kosztowały dwa dni pomocy.

Zajęła się mną pani Zosia z sąsiedniego piętra. Robiła zakupy, gotowała zupę i pomagała mi się umyć. Obca kobieta robiła dla mnie to, czego odmówiła własna córka.

Marta nie przyjechała nawet po moim wyjściu ze szpitala. Wysłała kwiaty z dołączoną kartką: „Wracaj szybko do zdrowia”. Podpis był wydrukowany przez kwiaciarnię.

Przełom nastąpił w dniu moich sześćdziesiątych piątych urodzin. Marta obiecała, że tym razem na pewno przyjedzie. Upiekłam sernik, ugotowałam rosół i kupiłam nowe zasłony. Chciałam, żeby zobaczyła, że mimo wszystko sobie radzę.

Czekałam cały dzień. Nie pojawiła się.

Wieczorem dostałam wiadomość, że samochód się zepsuł. Godzinę później jej chłopak opublikował zdjęcie z górskiego hotelu. Oboje siedzieli w jacuzzi z kieliszkami w dłoniach.

Nie zadzwoniłam. Zdmuchnęłam jedną świeczkę wetkniętą w sernik i położyłam się spać.

Po prawie czterech latach Marta nagle oznajmiła, że przyjedzie na kilka dni. Byłam tak szczęśliwa, że zapomniałam o wszystkich rozczarowaniach. Ugotowałam jej ulubione dania i przygotowałam dawny pokój.

Córka pojawiła się z chłopakiem. Przywieźli kawę, czekoladki i butelkę perfum. Przez pierwszy wieczór zachowywali się serdecznie. Myślałam, że wreszcie odzyskuję dziecko.

Następnego dnia Marta wyjęła z torby dokumenty.

— Mamo, znaleźliśmy piękny dom pod Hamburgiem — zaczęła. — Brakuje nam pieniędzy na wkład własny.

— Ile?

— Osiemdziesiąt tysięcy euro.

Roześmiałam się nerwowo. Nigdy nie widziałam takiej kwoty.

— Dlatego pomyśleliśmy o twoim mieszkaniu — wyjaśniła. — Jest duże, a ty mieszkasz sama. Mogłabyś je sprzedać i przenieść się do mniejszego. Albo do jakiegoś ośrodka dla seniorów.

Patrzyłam na córkę, nie wierząc w to, co słyszę. Nie przyjechała, gdy złamałam nogę. Zapomniała o moich urodzinach. Po czterech latach wróciła tylko po mieszkanie.

— Chcesz sprzedać mój dom, żeby kupić swój?

— Przecież kiedyś i tak go odziedziczę — odpowiedziała. — Jaka różnica, czy pomożesz mi teraz, czy później?

Te słowa były jak uderzenie. Dla niej moje mieszkanie było już częścią przyszłego majątku. Ja stanowiłam jedynie przeszkodę, która jeszcze w nim mieszkała.

— Różnica jest taka, że nadal żyję — powiedziałam.

Marta zaczęła krzyczeć, że jestem egoistką. Przypomniała, ile kosztuje życie za granicą i jak ciężko pracuje. Jej chłopak próbował mnie przekonać, że ośrodek senioralny byłby dla mnie wygodniejszy.

Poprosiłam, żeby oboje wyszli.

Córka spakowała rzeczy i trzasnęła drzwiami. Na odchodne powiedziała, że całe życie wzbudzałam w niej poczucie winy swoimi poświęceniami.

Być może rzeczywiście popełniłam błąd. Oddawałam jej wszystko, nie ucząc, że miłość powinna działać w obie strony. Chroniłam ją przed każdą trudnością, aż uwierzyła, że moje potrzeby nigdy nie będą ważne.

Nie sprzedałam mieszkania. Wynajęłam jeden pokój studentce, dzięki czemu mam dodatkowe pieniądze i nie jestem sama. Zapisałam się też do klubu seniora. Pani Zosi co roku urządzam urodzinowy obiad, bo to ona podała mi rękę, gdy najbardziej jej potrzebowałam.

Marta nadal prawie się nie odzywa. W święta wysyła gotowe życzenia, a w urodziny przelew na sto złotych. Nigdy nie zapytała, czy nadal boli mnie noga.

Przez całe życie pracowałam, żeby moja córka miała wszystko. Nie przewidziałam tylko, że kiedy już zdobędzie wygodne życie, zacznie traktować mnie jak stary rachunek, który można odłożyć do szuflady.

Najtrudniej jest tęsknić nie za dzieckiem, które odeszło, lecz za córką, którą nadal widzę na zdjęciach — uśmiechniętą, szczęśliwą i zupełnie obojętną na to, czy jej matka spędza kolejny wieczór sama.