Moja przyjaciółka, kiedyś zawsze zadbana, roześmiana i szybka jak iskra, wyglądała jak siedem nieszczęść. Włosy miała związane byle jak gumką, pod oczami sine cienie, na bluzce plamę po kawie, a w rękach dwie siatki zakupów, chociaż jej dorosły syn siedział w salonie z telefonem, a mąż oglądał mecz z nogami na stole.
— Ewka, co ty ze sobą zrobiłaś? — wyrwało mi się, zanim zdążyłam ugryźć się w język. Uśmiechnęła się krzywo.
— Nic. Tylko dzień był ciężki.
— Dzień? — rozejrzałam się po mieszkaniu. — Tu wygląda, jakby ciężkie było całe twoje życie.
Weszłam do kuchni i od razu zrozumiałam, co się dzieje. Na blacie stały brudne talerze, w zlewie piętrzyły się garnki, pralka piszczała, a na stole leżała lista rzeczy do zrobienia, długa jak paragon przed świętami. Ewa zdjęła buty i od razu zaczęła rozpakowywać zakupy.
— Siadaj, zrobię ci herbatę — powiedziała automatycznie.
Złapałam ją za nadgarstek.
— Nie. Ty usiądziesz. Herbatę zrobi sobie każdy, kto ma ręce.
W tym momencie z salonu dobiegł głos jej męża:
— Ewa, podasz mi coś do picia?
A syn dorzucił:
— Mamo, wyprałaś mi czarną bluzę? Potrzebuję na jutro.
Spojrzałam na nią, a ona tylko spuściła głowę.
— Widzisz? — wyszeptałam. — Oni nawet nie proszą. Oni wydają polecenia.
Nie wytrzymałam. Weszłam do salonu i stanęłam przed telewizorem.
— Panowie, koniec seansu — powiedziałam.
Mąż Ewy, Roman, zmarszczył brwi.
— O co chodzi?
— O to, że twoja żona wygląda, jakby ją ktoś wycisnął z życia, a wy nawet nie widzicie, że ona ledwo stoi.
Syn przewrócił oczami.
— Ciocia, mama zawsze przesadza. Lubi mieć wszystko po swojemu.
— Nie, kochanie — odpowiedziałam ostro. — Ona nie lubi. Ona została nauczona, że jeśli czegoś nie zrobi, to dom się zawali, a wy jeszcze będziecie mieli pretensje, że kurz źle spada z półki.
Roman prychnął.
— Proszę nie urządzać nam tu teatru. Ewa jest dorosła. Jak jej coś nie pasuje, może powiedzieć.
Wtedy Ewa stanęła w drzwiach kuchni. Była blada, ale patrzyła na niego inaczej niż zwykle.
— Mówiłam — odezwała się cicho.
— Tylko ty nigdy nie słuchałeś. Mówiłam, że jestem zmęczona. Mówiłam, że potrzebuję pomocy. Mówiłam, że nie jestem służącą. A ty odpowiadałeś: „przecież siedzisz w domu”.
Roman wzruszył ramionami.
— Bo siedzisz. Ja pracuję.
— A ja? — zapytała, a głos jej zadrżał. — Ja nie pracuję? Kto gotuje, pierze, sprząta, pilnuje twojej matki u lekarza, ogarnia rachunki, zakupy, obiady, twoje koszule i jego studia? Kto pamięta o wszystkim, żebyście wy mogli nie pamiętać o niczym?
W mieszkaniu zapadła cisza. Syn odłożył telefon. Roman otworzył usta, ale nic nie powiedział. Wtedy podeszłam do Ewy, położyłam jej ręce na ramionach i powiedziałam:
— Spakuj torbę. Jedziesz do mnie na weekend. Teraz.
— Nie mogę — szepnęła. — Pranie, obiad, mama Romana ma wizytę…
— Właśnie dlatego musisz — przerwałam. — Bo jeśli dziś nie wyjdziesz, oni nigdy nie zobaczą, że dom nie prowadzi się sam.
Roman wstał gwałtownie.
— Chwileczkę. Nikt nie będzie zabierał mojej żony z domu.
Spojrzałam mu prosto w oczy.
— Twoja żona nie jest sprzętem AGD, żeby stała tam, gdzie ją postawisz.
Ewa zaczęła płakać. Nie głośno, nie teatralnie. Po prostu łzy płynęły jej po twarzy, jakby pękła tama, którą trzymała latami. Poszła do sypialni i po kilku minutach wróciła z małą torbą. Syn zerwał się z kanapy.
— Mamo, ale ja naprawdę potrzebuję tej bluzy.
Ewa spojrzała na niego z takim smutkiem, że aż ścisnęło mnie w gardle.
— To ją wypierz — powiedziała. — Masz dwadzieścia dwa lata. Pralka cię nie ugryzie.
Roman próbował jeszcze ją zatrzymać.
— Ewa, nie rób z siebie ofiary. Przecież masz wszystko. Dom, rodzinę, pieniądze.
— Nie mam siebie — odpowiedziała. — A bez tego cała reszta zaczyna przypominać klatkę.
Wyszłyśmy, zanim zdążył powiedzieć coś więcej. W samochodzie Ewa siedziała cicho, ściskając torebkę na kolanach. Dopiero po kilku minutach wyszeptała:
— Myślisz, że jestem głupia?
— Nie — powiedziałam. — Myślę, że jesteś zmęczona byciem potrzebną ludziom, którzy zapomnieli, że też masz serce.
Po dwóch dniach Roman dzwonił kilkanaście razy. Najpierw z pretensjami, potem z paniką.
— Ewa, gdzie są tabletki mamy? Gdzie płaci się za gaz? Jak się nastawia pranie? — pytał coraz bardziej bezradnie.
Ewa słuchała, a potem spokojnie odpowiadała:
— Poradzisz sobie. Przecież to takie proste. W niedzielę wróciła do domu, ale już nie ta sama.
Weszła bez pośpiechu, położyła na stole kartkę i powiedziała:
— Od dziś obowiązki są podzielone. Jeśli komuś się nie podoba, może sam zobaczyć, jak wygląda życie bez mojej pracy.
Nie wiem, czy Roman naprawdę się zmienił. Tacy ludzie długo uczą się szacunku. Ale wiem jedno: tamtego dnia Ewa po raz pierwszy od lat nie wyglądała jak siedem nieszczęść. Wyglądała jak kobieta, która wreszcie przypomniała sobie, że nie przyszła na świat po to, by wszystkim służyć.