Mówiłem to przy znajomych, przy rodzinie, czasem nawet przy niej, gdy siedziała cicho przy stole i nalewała wszystkim rosół.

— Basia ma dobrze — śmiałem się. — Ja pracuję, ja płacę rachunki, ja utrzymuję dom. A ona? Ona tylko siedzi w domu.

Basia wtedy spuszczała wzrok i nic nie odpowiadała. Myślałem, że milczy, bo wie, że mam rację. Dopiero później zrozumiałem, że czasem kobieta milczy nie dlatego, że nie ma nic do powiedzenia, ale dlatego, że dawno przestała wierzyć, że ktoś jej posłucha.

Kiedy dzieci dorosły i wyprowadziły się z domu, zacząłem coraz częściej czuć złość. Wracałem z pracy, a Basia pytała:

— Zjesz teraz czy później? — i nagle drażniło mnie nawet to.

Jej kapcie w przedpokoju, jej stare swetry, jej lista zakupów przypięta magnesem do lodówki. Pewnego wieczoru rzuciłem portfelem na stół i powiedziałem:

— Od przyszłego miesiąca koniec. Nie będę już finansował twoich zachcianek. Masz ręce? To idź do pracy.

Basia stała przy kuchence, mieszała sos i tylko lekko drgnęła.

— Moich zachcianek? — zapytała cicho.

— Leki, jedzenie i płyn do prania to zachcianki?

— Nie odwracaj kota ogonem — warknąłem. — Całe życie żyłaś na mój koszt. Myślałaś, że zawsze tak będzie, ale się przeliczyłaś.

Przez kilka dni w domu panowała cisza. Basia nie prosiła o pieniądze. Nie płakała. Nie robiła scen. Zaczęła tylko sprzątać szafy, przeglądać stare dokumenty i odkładać swoje rzeczy do pudeł. Kiedy zapytałem, co wyprawia, odpowiedziała:

— Porządkuję to, co moje. Roześmiałem się wtedy.

— Twoje? A co ty masz swojego? Wszystko kupiłem ja. Spojrzała na mnie tak, że po raz pierwszy poczułem niepokój.

— Nie wszystko, Roman. Nie wszystko kupuje się pieniędzmi.

Tydzień później przyszły dzieci. Syn od razu stanął w progu z napiętą twarzą, córka miała czerwone oczy.

— Tato, co ty robisz? — zapytała. — Mama mówiła, że odciąłeś ją od pieniędzy.

— Odciąłem? — prychnąłem. — Uczę ją odpowiedzialności. Ma sześćdziesiąt lat i nigdy nie pracowała.

— Nigdy nie pracowała? — syn aż podniósł głos.

— Kto siedział ze mną po nocach, kiedy miałem astmę? Kto woził Magdę na rehabilitację? Kto opiekował się twoją matką przez osiem lat, kiedy ty byłeś „zmęczony po pracy”?

— Nie przesadzajcie — mruknąłem. — To były domowe obowiązki.

Basia odezwała się spokojnie:

— Tak. Tylko że twoja praca kończyła się o szesnastej. Moja nigdy.

Najbardziej zabolało mnie to, co zrobiła potem. Wyjęła z teczki dokumenty i położyła je na stole.

— Złożyłam pozew o separację i alimenty — powiedziała.

— Alimenty? — parsknąłem. — Za co?

— Za trzydzieści lat życia, w którym nie pozwoliłeś mi iść do pracy, bo „ktoś musi zająć się domem”. Za emeryturę, której nie będę miała takiej jak ty. Za lata, które dla ciebie były niczym, a dla mnie były całym życiem. Zerwałem się z krzesła.

— Kto ci to podpowiedział?

— Ja — powiedziała córka. — I prawnik. Mama wreszcie nie jest sama.

Patrzyłem na Basię i pierwszy raz nie widziałem kobiety w starym swetrze. Widziałem kogoś, kto przez lata podtrzymywał ściany mojego świata, a ja miałem czelność mówić, że tylko siedzi w domu. Chciałem krzyknąć, że to zdrada, że dzieci stanęły przeciwko mnie, że ona przesadza. Ale nagle przypomniałem sobie wszystkie poranki, kiedy czysta koszula czekała na krześle. Wszystkie obiady, których nigdy nie musiałem planować. Wszystkie choroby, zebrania, rachunki, telefony, pogrzeby i święta, które działy się jakby same. Tylko że one nie działy się same. Robiła je Basia.

— Czy ty naprawdę chcesz odejść? — zapytałem ciszej.

Basia zapięła teczkę i spojrzała mi prosto w oczy.

— Nie, Roman. Ja już dawno odeszłam. Tylko ty byłeś zbyt zajęty liczeniem swoich pieniędzy, żeby to zauważyć.

Tego wieczoru została w domu córki. Ja zostałem sam przy stole, przy zimnym sosie i pustej kuchni. Dopiero wtedy zrozumiałem, że żona nie przeliczyła się wcale. To ja przez całe życie źle liczyłem. Myślałem, że wszystko, czego nie da się wpisać na pasek wypłaty, nie ma wartości. A straciłem właśnie kobietę, która była warta więcej niż wszystkie moje zarobione złotówki.